Maja Hyży – W chmurach (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Zaczynając pisać dla Was tę recenzję mam w pamięci niezapomniany występ w X-Factor, beznadziejną propozycję singlową udostępnioną tuż po finale oraz koncert jej byłego męża. Wiem, tego ostatniego przykładu nie powinnam przywoływać, bo to dwa różne muzyczne światy. Niemniej jednak postanowiłam podjąć się karkołomnego zadania i wziąć na warsztat krążek Mai Hyży. Cóż, taka artystka wymaga specjalnego pióra.

Na początku może wyjaśnię, czym dla mnie jest album. Jest to zbiór niepozornie złączonych utworów na jednej płycie, tworząc przy tym jedną wspólną całość. Ciężko jest artystom stworzyć coś w pełni wartościowego. Zamiast tego zazwyczaj otrzymujemy płytę, na której mamy kilka typowo singlowych utworów, plus do tego kilka niedocenianych oraz kilka, których po prostu nie da się słuchać. A co, jeżeli krążek zawiera w większości te ostatnie?

Tak, zgadliście. Dostajemy taką Maję. Swoją przygodę W Chmurach rozpoczęłam od wysłuchania utworów promujących płytę. O ile Kawa jeszcze była znośna, o tyle Będę kochać okazała się numerem którego ciężko było słuchać. Serio. Przez chwilę miałam wrażenie, że to wina produkcji, lecz później uświadomiłam sobie że i pani Hyży i osoby odpowiedzialne za ten utwór po prostu przedobrzyły. Albo chciały przedobrzyć. W każdym razie wyszło to im fatalnie Patrząc na listę osób, z którymi współpracowała – mówię tutaj o Piotrze Siejce (Cerekwicka, Górniak, Zagrobelny), Paulinie Przybysz oraz Agnieszcze Burcan na co dzień grającą z Plastic – bardzo się dziwię.

Jeszcze większe zdziwienie (i chwilami rozczarowanie) spotkało mnie po przesłuchaniu całej płyty, chociaż to i tak jest to zbyt delikatne słowo. Przecież lubię słuchać spokojnych kompozycji, w których eksponuje się głos artysty bądź artystki, więc powinnam być zadowolona. Lecz uwierzcie mi, nie jestem. Mamy tutaj bowiem istną mieszankę – począwszy od spokojnych, zmysłowych kompozycji takich jak Dla mnie nowy świat czy Prawdziwa ja poprzez funkowe Thelma i Louise kończąc na klubowym Kiedy do mnie wracasz, przypominającą nieco Poczuj to zespołu Feel.

Utworem Wieczność za jeden dzień Maja przypomniała mi lata 90’s. Ale nie w tym najfajniejszym kontekście. Bardziej pod kątem disco polo, tandety którą kiedyś prezentowała Aqua oraz twórczość Stachurskiego z tamtego okresu, kiedy to paradoksalnie odnosił największe sukcesy (wyjaśnię: lubię Jacka, ale takich kawałków jak Chłosta nie przełknę). Ale byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że jest zły. Jest bardzo zły, co wcale nie oznacza że nie znalazłam tam czegoś dla siebie. Przemówiły do mnie trzy kompozycje wymienione niżej w Najlepszych utworach. Tylko w nich widzę jakiś potencjał wykorzystania gdzieś dalej. Niekoniecznie przez Maję i niekoniecznie w takim kształcie jakim one są w tej chwili, bo ogólnie patrząc na teksty piosenek to mam wrażenie, że pisała je albo pewna poetka z Brwinowa bądź też niedojrzała emocjonalnie osoba. Dlaczego tak sądzę? Bo słowa zawarte w utworach są… zbyt naiwne.

I tym spostrzeżeniem chciałabym zakończyć. To nie jest tak, że na siłę szukałam czegoś, by się doczepić. Owszem, artystka swoimi poczynaniami przed wydaniem krążka zraziła mnie do siebie. Szczerze mówiąc, sięgając po debiut tej młodej artystki dałam jej drugą szansę na pokazanie się z lepszej strony. Chciałam ją bronić, bo do tej pory myślałam, że krytyka tego albumu jest bezpodstawna. Niestety nie dała mi argumentów, by sądzić inaczej. Naprawdę, spodziewałam się czegoś lepszego, a tak naprawdę dostałam gniot. O ile mogę przeboleć jeszcze Ewelinę Lisowską, o tyle Maję Hyży już nie potrafię. Życzę jej, naprawdę by nadal przebywała W Chmurach, bujała w obłokach i z nich nie wracała.

Maja hyzy w chmurach

Czytaj również