Madonna – MDNA (2012), recenzja Sergiusza Królaka

Po ogromnej wpadce związanej z tragicznym materiałem na Hard Candy, Madonna postanowiła brnąć dalej w stronę popu i electro dance. Jednak to, co usłyszałem na MDNAznacznie bardziej mi się spodobało.

Słuchanie poprzedniego albumu Madonny Louise Ciccone Hard Candy nie sprawiło mi żadnej przyjemności. Nie dość, że artystka pożegnała się z tym, co pokochałem na jej pierwszych płytach, czyli tę tajemniczość, sensualność znaną z Like a Virgin czy Take a Bow, to w zamian za to dała słaby (jak na nią) popik, który nie powinien wyjść spod rąk Królowej Popu. Na szczęście, na MDNA wydanym 23 marca 2012 roku poziom tego gatunku znacznie wzrósł.

Chociaż wciąż tęsknię za starą (i nie chodzi mi tutaj o wypominanie wieku!), dobrą Madonną, to już od pierwszego utworu na płycie byłem bardzo ciekawy, co będzie dalej. Każdy z utworów intrygował mnie, zachęcał do słuchania, nasuwał pozytywne skojarzenia, tworzył wyjątkowy klimat. W Girl Gone Wild urzekło mnie to, że w głosie piosenkarki usłyszałem coś, za czym najbardziej tęskniłem – 100% uczuciowości, delikatności wplecionej w szybkie tempo. Piosenkarka całą piosenkę kieruje do… Boga, co wówczas wzbudziło kontrowersje. Piosenka Gang Bang, chociaż rozczarowała słyszalnym od samego początku dążeniem do trafienia w gust mas, stworzyła atmosferę niepewności, pewnego niebezpieczeństwa podobną do tej, którą znam i którą uwielbiam z Die Another Day

Największym dowodem na to, że MDNA tworzy świetny klimat, jest utwór I’m Addicted, który momentalnie mnie zahipnotyzował. Poza banalnie łatwym tekstem, nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Sprawił, że od razu cofnąłem się o kilkanaście lat wstecz, do ery świetnych produkcji, pełnego profesjonalizmu i magicznego klimatu. Give Me All You Luvin’ podarował mi natomiast ogromną dawkę dobrej energii, wprowadził w wakacyjny nastrój. W nagraniu wystąpiły gościnnie M.I.A. oraz Nicki Minaj, która (według mnie) zepsuła całą piosenkę. I nie chodzi tu o moje sceptyczne podejście do samej artystki, co o wytrącenie mnie z tej atmosfery delikatnego, lekkiego śpiewania Madonny przez kontrowersyjną raperkę. Jej nawijka znacznie lepiej wpasowała się w utwór I Don’t Give A, który tym razem Minaj uratowała przed moją całkowicie negatywną oceną. Mdłe, nieemocjonalne śpiewanie Madonny okazało się najgorszym punktem całości.

MDNA to również elementy electro dance, co słychać głównie w piosence Some Girls, którą zdominowały elektroniczne wstawki, w tym dźwięk, który skojarzył mi się z… powiadomieniem o nowej wiadomości na Skypie. Pamiętam, że za pierwszym razem zastanawiałem się, kto do mnie pisze, dopiero podczas kolejnego słuchania płyty dotarło do mnie, że to fragment piosenki. Turn Up the Radio również opierała się głównie na electro dance, nasunęła jednak skojarzenia z.. Mamma Maria zespołu Ricchi E Poveri, a to za sprawą fragmentu po pierwszym refrenie. Dużo komputerowych brzmień (z auto tune na czele) słychać też w dynamicznym Love Spent, a tło muzyczne w utworze zamykającym album – Falling Free – przypomniało mi elektroniczne organy kościelne.

Jak to na większości albumów, musiała nastąpić tendencja spadkowa, słabszy moment. Takim okazała się druga część płyty: nudne Superstar z okropnym refrenem i nieciekawymi brzmieniami, wspomniane wyżej I Don’t Give A z gościnnym udziałem Minaj, na którym w ogóle nie słyszałem emocji ze strony Madonny oraz electro-papka pod tytułem I’m Sinner. Jedną z perełek spośród piosenek z drugiej połowy albumy został balladowo-popowy utwór (słusznie zatytułowany) Masterpiece. Chociaż piosenka opowiada o miłości do dzieła sztuki, dla mnie okazała się  jedną z najlepszych, mistrzowskich propozycji z MDNA. 

O samego początku można było usłyszeć niesamowitą przepaść między Hard Candy MDNA. Płyty różnią się, przede wszystkim, ilością przesłodzonego repertuaru. Na pierwszej było go wiele, na drugim już niekoniecznie. Na obu znalazłem świetne produkcje (na MDNA Give Me All Your Luvin’, I’m Addicted, Masterpiece), ale każda z nich zawierała też kilka słabszych utworów (w tym przypadku: I Don’t Give A, I’m Sinner, Superstar). Największą zaletą ostatniego albumu Madonny zostało świetne dobrane repertuaru, wyszukane brzmienia oraz zachowanie równowagi między ambitnymi dźwiękami a komercyjną słabizną, co zniszczyło Hard Candy. Na tle poprzednich albumów, MDNA również prezentuje się całkiem przyzwoicie, wyróżnia ją świetnie brzmiące eksperymentowanie z nowoczesnymi dźwiękami, co wyszło jej znacznie lepiej, niż na poprzednim krążku.

http://www.youtube.com/watch?v=fmH3ebY6Jgw

Madonna - MDNA (2012)

weekend-z-madonna

Czytaj również