Większość z was zapewne zna ich z lirycznego, słonecznego singla We Own The Sky i świetnego występu na Open’er Festival w Gdyni w 2009 roku, mało kto jednak wie, że swoją przygodę z muzyką zaczęli już piętnaście lat temu! Ci z was, którzy śledzą losy Ludwika XIV w dość głośnym ostatnio serialu Wersal. Prawo Krwi doskonale znają Outro, przewrotnie otwierające kolejne odcinki. Zasłynęli jako twórcy niebanalnych kompozycji łączących muzykę elektroniczną z rockową, choć ich muzyczne horyzonty stawały się coraz szersze wraz ze wzrostem popularności. Jeszcze ciepły krążek Junk to już 9-ty album Francuzów. Zapraszam do lektury!
Wydawnictwo otwiera przewrotny singiel Do It, Try It, już samym tytułem zapraszający do muzycznej lektury albumu. Kawałek z pozoru wydaje się nieść dość klasyczną synthpopową koncepcję z mocną pozycją keyboardu i przesterowanym wokalem. Co prawda linia klawiszy do takich klasycznych wcale nie należy i trudno upatrywać w niej jakiejkolwiek powtarzalności, lecz nawet to nie zmienia nieco nudnawej aury zwrotek. Wszystko nabiera sensu, kiedy dochodzimy do refrenu – wysokiego, przesterowanego, głośnego, pełnego mocy. Nie wiem jak wy, ale ja czuję się istotnie zaproszona do dalszego odsłuchu. Z kawałkiem koresponduje Time Wind, jeden z ostatnich utworów na płycie, choć tutaj nie znajdziecie już tego wysokiego, radosnego refrenu, lecz stonowane, płaskie i dość jednostajne dźwięki.
Jak można się domyślać kolejny singiel, Go!, nabiera rozpędu i pozwala muzyce polecieć w dal. Nie dajcie się zmylić stłumionymi, pościelowymi dźwiękami i dream popowym wokalem otwierającym utwór! Już za chwilę kawałek zacznie się rozpędzać i nie w tym metaforycznym znaczeniu, lecz faktycznym – dźwięki przyspieszają, ich wysokość wzrasta, a głos zaczyna odliczać aż do momentu, kiedy wszystkie elementy utworu wzbiją się w górę, stając się jednym wielkim, radosnym zakrzykiem.
Walkway Blues jak sam tytuł wskazuje będzie mocno korespondował ze stylistyką bluesową. Oczywiście nie należy się bać, muzycy bowiem posługują się ową konwencją jedynie w warstwie melodycznej. Zestawienie bluesowej, niesfornej linii melodycznej z elektronicznym, stechnicyzowanym brzmieniem i syntetycznym wokalem tworzy dość ciekawą mieszankę, aczkolwiek dla mnie nieco powiało tutaj nudą. Podobnie rzecz się ma z kawałkiem Bibi the Dog. Moon Crystal to jeszcze inna historia. Ci z was, którzy cenią sobie gatunek funk, będą zachwyceni, bo widać tutaj mocny rys owej stylistyki. Dosyć jednostajna i przewidywalna linia melodyczna, opanowane, płaskie dźwięki i aż nazbyt drażniąca harmonia, a wszystko zupełnie pozbawione wokalu. Jak mówiłam – miłośnicy funku będą zachwyceni, ja jednak ceniłam tę nieco bardziej liryczną i przestrzenną stronę M83, więc do mniej utwór nie przemawia.
For the Kids dla odmiany to klasyczna pościelowa ballada. Jednostajne, nieco nużące klawisze, gładki, na poły zaspany, na poły zmysłowy, jeszcze ciepły od snu wokal i szczypta instrumentów dętych. Utwór ma w sobie coś z tych wielkich kompozycji wyśpiewywanych przez dawne gwiazdy Hollywoodu na zabytkowych schodach, czy w cieniu antycznych budowli. Moim zdaniem jednak troszeczkę zabrakło tutaj pomysłu, tego nieuchwytnego czegoś, co sprawiało, ze Wait dodawało mi skrzydeł i niestety nawet głos Susanne Sundfør niewiele tutaj zmienia. Podobnie został pomyślany ostatni singiel z albumu, Solitude. Dość prosta linia klawiszy, jednostajny, stapiający się z resztą elementów wokal i raczej płaska melodia. Nie za ciekawie.
The Wizard stanowi drobny, elektroniczny przerywnik, sygnalizujący zmianę nastrojowości mającą nastąpić Laser Gun. Powraca splendor i przestrzeń towarzysząca pierwszym nagraniom na krążku. Bazą kawałka jest dość niesforna linia klawiszy, które wydają się nie słuchać poleceń grającego i skakać własną drogą. Fajnie komponuje się z tym nieco naburmuszony wokal Mai Lan, który okazuje się być czymś na granicy śpiewu i recytacji, co dodatkowo potęguje jego niepokorny charakter i nadaje utworowi aury przekomarzania się ze sobą wokalu i z resztą elementów. Nieco inaczej kształtują się te nastroje w refrenach – tutaj nie tylko wokal podrywa się do wysokiego, skocznego śpiewu, lecz pociąga za sobą również melodię, stając się jednym, podrygującym, spazmatycznym dźwiękiem.
Road Blaster w konstrukcji nieco zbliża się do stylistyki panującej w Solitude, ale tutaj z całą pewnością mamy do czynienia z ciekawszym konceptem. Syntezatory i keyboardy nabierają rumieńców i opalizują stechnicyzowanym, lecz dość wysokim dźwiękiem, wokal, mimo że nieco rozmarzony i spowity mgłą, w sąsiedztwie tylu jasnych dźwięków bardzo szybko nabiera pogodnej barwy. Dodatkowo całość okraszono sporą dawką efektów, które zna każdy, kto kiedykolwiek grał na Commodor, ale ich zagęszczenie i nałożenie na resztę elementów sprawia, że kawałek wbrew pozorom wcale nie trąci przysłowiową myszką, lecz okazuje się dość udanym mariażem tego co dawne, z tym co nowe. Coś mi mówi, że to będzie jeden z tych utworów, które nie przestaną rozbrzmiewać na wszelkich plażowych imprezach nadchodzącego lata!
Tension to kolejny muzyczny drobiazg, stanowiący swego rodzaju przejście między poprzednią i następująca po niej grupą utworów. Tym razem w głośnikach rozbrzmiewa kolejna pościelówka – Atlantique Sud. Stonowana linia klawiszy, rozkołysany wokalny dwugłos zawierający muzyczny dialog kobiety i mężczyzny i prosta melodyka ponownie przynoszą spore rozczarowanie. Ludivine to ostatni muzyczny wtręt poprzedzający zamykającą album pościelową balladę Sunday Night 1987. Jak możecie się domyślić kompozycja bazuje na usypiających, niespiesznych klawiszach i nuconym, kołysankowym wokalu. Dzięki wprowadzeniu pogłosu i zgraniu tła muzycznego z odpowiednią wysokością głosu mamy wrażenie, że utwór otwiera przed nami szeroką panoramę rozgwieżdżonego, nocnego nieba a dodatkowego smaczku dodaje dźwięk zbliżony do harmonijki ustnej.
Jeśli oczekiwaliście muzycznych uniesień, pełnych nieodgadnionych i wypełnionych kosmicznym dźwiękiem przestrzeni jak to miało miejsce chociażby na Hurry Up, We’re Dreaming zapewne będziecie rozczarowani tak bardzo jak ja. Krążek jest bardzo stechnizyowany, pełen motywów funkowych, czy synthpopowych. Z jednej strony pokazuje to spektrum muzycznych możliwości artystów, z drugiej jednak odziera ich muzykę z tego nieuchwytnego czegoś, co sprawiało, że poprzednie albumy stawały się jedną wielka muzyczną impresją. Tutaj znajdziecie sporo przewidywalnych i raczej dość prostych, płaskich brzmień. Moim zdaniem stać ich na więcej!


