Editors są zespołem już od siedemnastu lat. Od 2012 w odświeżonym składzie, grupa ma na swoim koncie sześć albumów studyjnych. Do swojego dorobku mogą również dopisać pierwszą kompilację największych przebojów: wydaną w październiku 2019 Black Gold. O nagrywaniu muzyki bez presji, kulturowej melancholii oraz życiu bez planu opowiadają lider i wokalista zespołu Tom Smith, gitarzysta Justin Lockey oraz klawiszowiec i gitarzysta Elliott Williams.
Izabela Zadura: Właśnie promujecie Black Gold, kompilację podsumowującą całą Waszą dotychczasową karierę. Jak zdecydowaliście o tym, że nadszedł czas na wydanie takiego albumu?
Tom Smith: Po napisaniu utworu Black Gold w zeszłym roku zaczęliśmy myśleć, że to dobry czas na wydanie Best Of. Taka koncepcja przewijała się w różnych rozmowach od jakichś pięciu, sześciu lat, ale aż do tej pory nie byliśmy zainteresowani. Mówiąc szczerze, całkiem przyjemnie było spojrzeć na ostatnie piętnaście lat i cieszyć się tym, czego dokonaliśmy. To album dla naszych fanów – wybraliśmy takie utwory, które opowiadają spójną historię.
IZ: A więc byliście osobiście zaangażowani w dobór utworów?
Justin Lockey: Powstał ogromny łańcuch mailowy [śmiech].
Elliott Williams: Poważnie przemyśleliśmy, co nasi fani chcieliby usłyszeć, zamiast po prostu wybrać utwory, które lubimy. Ważne było dla nas, aby każdy album był reprezentowany na kompilacji i aby to wydawnictwo opowiadało historię Editors, ale także aby nowi słuchacze mogli z niego korzystać jak z przewodnika. Kompilacja jest łatwiejsza do strawienia niż sześć albumów materiału!
IZ: Na kompilacji Black Gold znalazły się trzy nowe utwory: Frankenstein, Upside Down oraz Black Gold. Są dość mroczne, ale utrzymane w szybkim, elektronicznym rytmie.
Tom: Chociaż nagrane już po Violence, muzycznie te utwory żyją w tym samym świecie, co nasz ostatni album. Trochę za wcześnie jest, aby stwierdzić, jak będzie brzmiał nasz kolejny krążek, ale te utwory są odpowiednim zakończeniem pewnego rozdziału. Przyjemnie było wybrać się do Kalifornii i nagrać te piosenki bez myślenia o żadnym albumie, po prostu trochę poszaleć, być dziwnym i przesadnym, ale też trochę mrocznym.
IZ: Wasz muzyczny dorobek obejmuje wiele gatunków. Czy ta różnorodność przychodzi Wam naturalnie, czy też może świadomie decydujecie się na poszerzanie swoich horyzontów i próbowanie czegoś nowego?
Justin: Nie robimy tego świadomie. Po prostu wchodzimy do studia i żonglujemy pomysłami, aż zaczną brzmieć…
Elliott: Jak coś nowego.
Justin: Właśnie, jak coś nowego. Czasem wybieramy producenta, którego dokonania nas inspirują i wydaje nam się, że dzięki tej osobie odkryjemy coś świeżego, nowy kierunek. Jako Editors nie lubimy się powtarzać, każdy album jest więc odejściem od poprzedniego. Nie jest to jednak do końca świadoma decyzja.
Elliott: Nie siadamy wokół stołu i nie decydujemy, że tym razem zrobimy to bądź tamto.
Tom: Nie ubieramy tego w słowa.
Justin: Nie zdarzają nam się rozmowy w stylu “Hej chłopaki, a może na tym albumie spróbujemy…”
Elliott: Jesteśmy po prostu kumplami tworzącymi muzykę. Takie rzeczy dzieją się naturalnie.
IZ: Tom, jak tworzysz teksty do utworów Editors? Co Cię inspiruje? Czy najpierw pojawia się tekst, czy muzyka?
Tom: To zależy od utworu. Potrzebuję spokoju, ciszy i przestrzeni. Wówczas siadam przy fortepianie lub z gitarą akustyczną i staram się eksplorować różne melodie. Czasami pojawiają się momenty inspiracji; to może być coś, co widziałem (jak przy Smokers Outside The Hospital Doors) lub przeczytałem, jakaś myśl, która utkwiła mi w głowie. Czasem, jak przy Black Gold, jako pierwszy pojawia się tytuł. Najbardziej lubię, kiedy wyraźny obraz mentalny pojawia się razem z porządną melodią, wówczas reszta utworu szybko składa się w całość. Staram się nadmiernie nie analizować tego procesu, ale z drugiej strony chcę pisać o rzeczach, w mówieniu o których nie jestem zbyt dobry.
IZ: Często wracacie do Polski w ramach swoich tras koncertowych. Zagracie na Torwarze w lutym 2020. Czy nadal jesteście podekscytowani występowaniem w naszym kraju?
Elliott: Koncerty w Polsce zawsze są świetne, a publiczność pełna pasji. Ostatnio graliśmy na Torwarze i było genialnie.
Justin: Lubimy też wracać do Polski w ramach promowania naszych wydawnictw. Polscy dziennikarze są zawsze dobrze poinformowani. Wielu z nich śledzi nasz zespół od lat – niektórych widzieliśmy już przynajmniej po trzy razy. Wiele znajomych twarzy widzieliśmy podczas naszego występu w studio radiowym [Editors zagrali kameralny, akustyczny koncert w Trójce – przyp.red.]
IZ: Jak podobał Wam się akustyczny występ w radio?
Justin: Bardzo nam się podobał. Wcześniej zagraliśmy dwa, może trzy tak długie koncerty tego typu. Cieszymy się, że nasi słuchacze są tym zainteresowani.
IZ: O Polakach często mówi się, że mają melancholijne dusze. Czy uważacie, że dzięki temu Wasza muzyka jest tak dobrze odbierana w Polsce?
Tom: Możliwe.
Justin: Taka kulturowa melancholia charakteryzuje praktycznie całą Europę. Może w Polsce jest silniejsza.
Tom: Lubimy tworzyć naszą muzykę w cieniu. Zawsze czuliśmy się trochę outsiderami, nawet kiedy flirtowaliśmy z byciem popularnym, mainstreamowym zespołem. Zawsze trochę nie pasowaliśmy, a innym zespołom wiodło się lepiej. Ta melancholia, o której mówisz, to nisza, w której tworzymy. Teoria, że Polacy dobrze na to reagują, ma dużo sensu.
IZ: Czy aktualnie pracujecie nad nowym materiałem?
Tom: Nie. Miło jest czasem nie wiedzieć, co przyniesie przyszłość.
Justin: Większość zespołów nie dociera do drugiego, trzeciego albumu. My nagraliśmy już sześć. Teraz pora to uczcić.
Elliott: Przyszłość jest dla nas teraz białą kartką. My też nie wiemy, co się wydarzy. Wszyscy będziemy mieć niespodziankę.
Tom: Teraz po prostu świętujemy piętnaście lat mroku.
IZ: Na koniec najtrudniejsze pytanie – który utwór najbardziej lubicie grać na żywo? Który utwór jest Waszym ulubionym w ogóle?
Tom: Ostatnio bardzo lubię grać The Racing Rats. Przez kilka lat nie było tego utworu na setliście, ale powrócił i jest lepszy niż kiedykolwiek. Z natury skłaniamy się ku smutniejszym utworom. Bardzo lubię The Phone Book z naszego czwartego krążka. Nagrywanie tego utworu w Nashville to był dla nas piękny moment, stąd moje przywiązanie do niego.
Justin: Mój ulubiony utwór to No Harm, ponieważ jest powolny, depresyjnie smutny, bardzo minimalistyczny, wysmakowany i skupiony. Editors skondensowani w trzech minutach. Jeśli zaś chodzi o występy na żywo, tutaj moje sympatie się zmieniają. Wszystko zależy od nastroju. Nie miałem jeszcze okazji grać Frankenstein…
Tom: Świetnie wypada na żywo!
Elliott: Ocean of Night to prawdziwy rollercoaster na koncertach. Dobrze wspominam moment nagrywania tego utworu.
Tom: Wiele naszych opinii o ulubionych kawałkach jest nieodłącznie związanych z procesem ich powstawania.
Elliott: Grając te piosenki często cofamy się myślami do tych chwil, zamiast myśleć o piosenkach samych w sobie. Z kolei mój ulubiony utwór do grania na żywo…
Tom: The Racing Rats.
Justin: Kochasz Rats! [śmiech]
Elliott: Nie, nie kocham Rats! Lubię grać An End Has a Start bardziej niż Rats.
Justin: Niemożliwe! Wykreśl tę odpowiedź.
