On – twórca prosto z Londynu o charakterystycznym głosie, który natychmiast zapada w pamięć. Fan łączenia różnych rodzajów muzyki w intrygującą całość. Ona – obdarzona wybitnym wokalem i niebywałym talentem do tworzenia światowych przebojów. Mająca na koncie kilka wielkich hitów zarówno swoich, jak i stworzonych dla innych wokalistów. Niczym klamra, spina ich Diplo. DJ i producent, który również ma niejeden udany kawałek na koncie. Wspólnymi siłami powołali do życia supergrupę, układając pierwsze litery swoich pseudonimów w skrót przywodzący na myśl słynny narkotyk. Czy od ich twórczości również można się uzależnić?
Labrinth, Sia i Diplo nawiązanie współpracy ogłosili w zeszłym roku. Właśnie wtedy powstało trio LSD. Nic dziwnego, że od razu zyskali niemałą popularność oraz cieszyli się zainteresowaniem mediów. Przecież każde z nich to doświadczony twórca i muzyk, artysta przez duże A. Wspólnie stworzyli własne, unikalne brzmienie oraz nieco kiczowatą, pełną słodziku estetykę towarzyszącą ich twórczości. Duże oczekiwania oraz ekscytacja fanów malała wraz z każdym wydanym singlem. Myślę, że w odbiorze tego dzieła kluczowe jest odcięcie się od dawnej twórczości członków zespołu. Sia ma za sobą długą, muzyczną drogę. W ciągu ostatnich lat stworzyła wiele fenomenalnych przebojów, nie tylko dla siebie, ale również dla innych artystów. To jej możemy dziękować za Diamonds Rihanny czy Perfume Britney Spears. Ponoć sama Beyoncé trzymała ją w piwnicy tak długo, aż nie skończyła utworu Pretty Hurts.
Od alternatywnych utworów z początku kariery, poprzez pełne emocji 1000 Forms Of Fear aż do tanecznych, pełnych energii hitów z This is Acting. Każdy kto śledzi jej karierę na pewno zdążył zauważyć, że doświadczona życiem kobieta nabrała pewności siebie i nie stroni od eksperymentów. Oprócz głębokich przesłań, lubi taneczność, elektroniczne bity i przebojowe brzmienia. LSD to kolejny eksperyment – zupełnie osobny projekt, który rządzi się swoimi prawami i który, moim zdaniem, od solowej twórczości Australijki należy odciąć grubą kreską.
Czy album się udał? Mam co do niego bardzo mieszane uczucia. Cały projekt spodobał mi się już na początku, z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnych kawałków i czekałam na ich wspólny, muzyczny rozwój. Fascynowała mnie obrana przez nich ścieżka. Jak zasugerowali muzycy pod koniec dwuminutowego, otwierającego album kawałka, longplay ma trafić do każdego odbiorcy. Adresatami są ludzie całego świata, chłopcy i dziewczęta w różnym wieku. Jednak zakończony tym powitaniem kawałek kojarzy mi się tylko z jednym – z hałasem. Podobnie jest w przypadku następnego kawałka, Angel In Your Eyes. Można odnieść wrażenie, że twórcy nie do końca mieli na niego pomysł, więc zmiksowali najpopularniejsze dźwięki ostatnich lat w jeden utwór, który niestety również mnie nie przekonuje. Podobne odczucia mam co do Moutains, gdzie w refrenie umieszczono niezidentyfikowane skrzypienie oraz niezbyt zachęcające powtórzenia. Najlepszym punktem płyty niewątpliwie są single. Premiera pierwszego z nich, Genius, nastąpiła przecież aż rok temu. Mieliśmy czas by poznać je, przekonać się do nich, a nawet się nimi znudzić. Uważam, że są to przyjemne dla ucha kompozycje, w których tkwi niewątpliwy potencjał i do których śmiało można wracać z przyjemnością. Szczególnie przypadł mi do gustu singiel Audio – to jedna z moich ulubionych piosenek poprzednich wakacji, towarzyszyła mi podczas letnich przejażdżek i długich spacerów. Wciąż często do niej wracam. Podoba mi się warstwa liryczna, połączona z elektroniczną melodią i chrypą w głosie Sii. Moim zdaniem właśnie ten kawałek jest perełką spośród dziesięciu zawartych na tym wydawnictwie. Rytmiczne Genius świetnie ukazuje jak ładnie współgra melodyjny głos z Labrinth’a z nieco szorstką barwą wokalu Sii. Dobrze wyprodukowany, elektroniczny podkład dopełnia całość, tworząc wpadający w ucho kawałek, który odniósł sukces jako międzynarodowy hit. Podobnie, lecz już nieco słabiej, wypada nieco oniryczne Thunderclouds. Za miły dla ucha możemy też uznać ostatni kawałek wydany jako singiel; No New Friends. Tu zwalniający refren i ładnie wkomponowane ,,La, la, la” dają się pozytywnie zapamiętać i zachęcają do kliknięcia REPLAY.
Warto zwrócić uwagę na ładnie, profesjonalnie wyprodukowane, fantazyjne teledyski, gdzie ponownie możemy zobaczyć młodą tancerkę, Maddie Ziegler. Utalentowana nastolatka towarzyszy produkcjom Sii od czasów Chandelier i jej powrotu jako wokalistki. Album zamyka zaskakujące wobec brzmienia reszty wydawnictwa, zagrane na pianinie It’s Time. Tu Labrinth postanowił popisać się swoimi umiejętnościami i w tożsamym sobie stylu zaprezentował balladę, którą zamknęły potężne partie wokalne zaprezentowane przez Się.
Jestem szczerze zawiedziona tym albumem. Uważam Się za osobę obdarzoną wyjątkowym talentem i wrażliwością. Talent jest widoczny na wielu płaszczyznach – jest nie tylko wspaniałą wokalistką, ale przede wszystkim świetnie radzi sobie jako autorka tekstów. Jej kawałki mają duszę i głębsze przesłanie, do którego powraca się z przyjemnością. Nawet w tych krytykowanych za zbytnią komercjalizację przebojach łatwo znaleźć tę wyjątkowość. Tu tego nie ma. W zasadzie nie ma tu niczego wyjątkowego Muzyka jest co prawda dobrze wyprodukowana, ale bezpłciowa i płaska, nie ma w niej żadnej głębi. Jedyne co ją charakteryzuje to nadmiar bassów i eksperymentów dźwiękowych serwowanych przez Diplo, który przecież ma na koncie tyle udanych produkcji. Spodziewałam się, że połączenie tych wybitnych talentów przyniesie wydawnictwo, do którego będę powracać z przyjemnością. I z pewnością czasem do niego wrócę – choćby dla wspomnianych, moim zdaniem udanych singli. Podoba mi się, że potrafili wytworzyć swoje własne, charakterystyczne brzmienie, którego nie sposób pomylić z kimkolwiek innym. Wierzę jednak, że ich siły połączone pod szyldem LSD wciąż stać na o wiele więcej, a muzycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa!
- Data premiery: 19 04 2019
- Single: Genius, Audio, Thunderclouds, No New Friends
