London Grammar – Truth Is a Beautiful Thing (2017), recenzja Agaty Omelańskiej

0
259

Powiedzmy sobie jedno: na słuchanie London Grammar trzeba mieć dzień. Trzeba mieć nastrój, trzeba mieć odpowiednie nastawienie lub, jak ja to nazywam, określony bagaż emocji – po taką muzykę sięga się raczej w momentach „down”, niż „up”. Wbrew pozorom nie chodzi mi jednak o stadium życiowej beksy: brytyjskie trio wyróżnia się na tle innych zespołów indie popowych swoją wyjątkową subtelnością, którego w dzisiejszej muzyce nie znajduję zbyt wiele. Jak brzmią London Grammar po 4 latach od wyjątkowego, bardzo udanego debiutu If You Wait?

London Grammar lubię, bardzo cenię i słucham często – to jeden z tych zespołów, które składają słuchaczom zaproszenie do swojego wyjątkowego, bardzo intymnego świata. Taki dar trzeba umieć przyjąć i nie każdy go doceni: jednak kto to potrafi, w zamian otrzymuje piękne chwile z muzyką. Delikatność, subtelne aranżacje i piękny, charakterystyczny wokal Hannah Reid sprawiły, że debiutancki album If You Wait został doceniony przez media i fanów. Pierwsza płyta pokryła się platyną w Wielkiej Brytanii i Australii, sporą popularnością cieszyła się również w Polsce. Przed jej następcą czekało więc niemałe wyzwanie – czy krążkowi Truth Is A Beautiful Thing udało się mu sprostać?

Nie będę ukrywać, iż miałam spore oczekiwania wobec tej płyty. Z jednej strony jestem bardzo szczęśliwa, że nowy materiał London Grammar wreszcie ujrzał światło dzienne (a czekałam długo!), z drugiej… źle nie jest, ale czegoś mi brakuje. Standardowa wersja płyty to zaledwie 11 utworów, więc komu mało, niech od razu sięga po deluxe editon – jest bogatsza o 7 dodatkowych piosenek i pokazuje, że zespół nie próżnował przez te kilka lat. Rewolucyjnych zmian nie ma, ale w odbiorze wciąż jest bardzo miło. I tego się trzymajmy.

Jakieś zaskoczenia najnowszego albumu? W pierwszej chwili w oczy rzuciło mi się to, że Truth Is A Beautiful Thing jest spokojniejszy, niż debiutancki krążek. Więcej na nim melancholii; raczej nie znajdziemy utworów o mocnym, zdecydowanym rytmie czy wyrazistszym beacie. Co, prawdę mówiąc, nieco mnie zaskoczyło – produkcją tego albumu zajął się m.in. Jon Hopkins, brytyjski mistrz ambientu i minimalu. Dynamiczniejsze piosenki pojawiają się na krążku (Oh Woman Oh Man, Non Believer, Control), ale w ogólnym podsumowaniu prym wiodą jednak delikatniejsze brzmienia. Łatwo wpadają w ucho, ale nie tracą uroku i tajemnicy, w którą osnuci są London Grammar.

Album Truth Is A Beautiful Thing rozpoczyna się delikatnie i nastrojowo. Rooting For You momentami nieco przypomina brzmienie The xx – prostą linię melodyczną ożywia delikatna gitara. Nie do końca jestem jednak pewna, czy to dobry utwór na otwarcie płyty – a może to po prostu ja tak bardzo jestem zasłuchana w Hey Now, pierwszym kawałku z debiutanckiego krążka? Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze, ale przy kolejnych odsłuchach spojrzałam na niego nieco łaskawszym okiem. Następny utwór, Big Picture, znów jest spokojny i delikatny, a jednocześnie sporo w nim „światła”. Wciąż towarzyszyły mi xx’owe motywy, czyli subtelna gitara i wyważone brzmienie, ale później utwór zyskuje dynamikę. Spodobał mi się również Everyone Else – spokojny, niemal akustyczny początek zaskakująco się rozwija – nawet się nie spodziewałam, że London Grammar sięgną po elektroniczne inspiracje, ale w takiej odsłonie prezentują się bardzo korzystnie. Nie tracą swojego stylu, a jednocześnie brzmią świeżo i subtelnie.

O ile zazwyczaj kolejność utworów na płycie nie podlega moim większym ocenom, w przypadku piosenki Hell To The Liars nieco bym ją zmieniła. Moim zdaniem byłaby o wiele lepszym początkiem, niż Rooting For You – jest bogatsza i bardziej wyrazista, przez co łatwiej wpada w ucho. Ale to tylko moja osobista uwaga i nie wpływa znacząco na ocenę płyty. Nie do końca jestem przekonana do utworów Who Am I i What A Day: przeszłam obok niech obojętnie, podczas odsłuchu nie zwróciły mojej uwagi. Jeśli zaś wymieniać najmocniejsze punkty tego krążka, to miałabym ich dwa: Leave The War With Me, który ma w sobie to coś, co lubię w muzyce. Prosta melodia, subtelny wokal i wyważone tempo czynią z niej bardzo zmysłowa i ciekawy piosenkę. Drugi najlepszy moment tego krążka to utwór tytułowy – Truth Is A Beautiful Thing jest piękny, poruszający i trafia prosto w serce słuchacza. Myślę o nim również moim „choreograficznym zmysłem” i sądzę, że ma spory potencjał – doskonale sprawdzi się jako muzyczne tło występów tanecznych. Z chęcią sama wezmę go na tapetę! :)

Powroty na scenę po dłuższym milczeniu nigdy nie należą do najłatwiejszych, ale London Grammar dobrze dali sobie radę. Są wierni swojemu stylowi, nagrywają muzykę, którą czują i kochają, a ich szczerość doceniają słuchacze. Album Truth Is A Beautiful Thing może nie jest wybitnym dziełem, ale zgrabnie kontynuuje muzyczną ścieżkę brytyjskiego trio. Niech im się układa jak najpomyślniej!

Zapisz