Loïc Nottet – Sillygomania (2020), recenzja Arkadiusza Zroślaka

Inne recenzje

Od zwykłego uczestnika talent show po jedną z największą największych gwiazd w kraju. Tak w jednym zdaniu można opisać karierę Loica Notteta, który w zeszłym roku zaprezentował swój drugi w karierze album. Czy Sillygomania zdała słynny w branży test drugiej płyty?

Loïc Nottet w swoim kraju dał się poznać w 2014 roku, jak uczestnik belgijskiego The Voice. W programie wokalista o nieprzeciętnym głosie dotarł do finału, w którym zajął drugie miejsce. Osiemnastoletni wówczas wokalista został zauważony przez tamtejszego nadawcę, który podarował mu bilet na Eurowizję 2015. W Wiedniu debiutujący na tak wielkiej scenie młody Belg ze swoim hipnotyzującym Rhythm Inside otarł się o podium, ustępując tylko Il Volo, Polinie Gagarinie oraz Mansowi Zelmerlowi, który ostatecznie sięgnął po Grandi Prix. Później poszło z górki – wygrana francuskiego Tańca z Gwiazdami, wydanie debiutanckiego albumu Selfocracy (2017) oraz powrót do The Voice, tym razem jako trener. W 2020 Loic zaprezentował światu Sillygomanię, będącą jego drugim, muzycznym dzieckiem. Czy wokalista spełnił pokładane w nim oczekiwania?

Drugi album składa się łącznie z czternastu utworów, z czego część z nich poznaliśmy już przed premierą płyty. Tytułowa, a zarazem otwierająca wydawnictwo Sillygomania nie jest piosenką, jako taką, lecz swojego rodzaju przedmową i manifestem. Od drugiego na trackliście On Fire, który pełnił rolę pierwszego, oficjalnego singla zaczynamy podróż w muzyczny świat Loica. Rozdzierające serce ballady przeplatają się tu bowiem z potencjalnymi, radiowymi przebojami. A to wszystko okraszone wokalem Notteta, który zmienia tonacje i skacze po dźwiękach bez najmniejszego problemu.

I chociaż tracklista została ułożona tak, aby co chwilę być zaskakiwanym, to pomiędzy poszczególnymi utworami da się wyczuć wspólny mianownik. TWYM i Heartbreaker to energetyczne, taneczne propozycje. Do tego grona zaliczyłby także Rosa Maria, która jednak uderza w inne tony. O ile poprzednia dwójka utrzymana jest w modzie na ejtis, tak ta ostatnia propozycja flirtuje z nurtem latino. On Fire, The One czy Liar brzmią jak wyjęte w dyskografii Sii, czemu nie ma co się dziwić, bowiem sam Loic przyznaje, że jest ogromnym fanem Australijki. Gun, 29 czy Cry Out to te wolniejsze momenty – zmuszające do przemyśleń, minimalistyczne w brzmieniu ballady. Zakończenie płyty to Mr/Mme – trwająca ponad sześć minut (jak na dzisiejsze standardy ekstremalnie długo) teatralna propozycja, która pełni rolę listu, manifestu do słuchacza. Jest to też jedyny francuskojęzyczny moment na płycie. Jednocześnie stanowi największy punkt zapalny na płycie, bowiem propozycje tego typu albo chłonie się całym sobą, albo całkowicie się od nich odcina. Osobiście kawałek ten bardzo mnie zmęczył i traktuję go jako przerost formy nad treścią.

Zupełnie natomiast nie rozumiem umieszczenia na płycie utworów Doctor i Candy. Obie piosenki zostały wydane okazjonalnie z okazji Halloween, a przy reszcie towarzystwa brzmią jak dość męczące i wymuszone zapychacze. A szkoda, bo bez nich cały odbiór płyty na pewno byłby lepszy, a te dwa elementy całościową ocenę artystyczną ciągną zdecydowanie w dół.

Taki rozstrzał gatunkowy i ułożenie go w określony sposób na płycie jest zabiegiem dość odważnym i niestandardowym. Do mnie ten zabieg nie do końca trafił, bowiem utwory posegregowane w bardziej tematyczny sposób mogłyby lepiej wybrzmieć i opowiedzieć bardziej spójną historię. W obecnym kształcie nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, które pewnie każdy słyszał w szkole – „Co autor miał na myśli”. Muzycznie tez jest zaskakująco niestabilnie, bo Heartbreaker, On Fire (swoją drogą nic dziwnego, że wybrano je na single) przeplatają się z upiornymi muzycznie halloweenowymi kompozycjami czy przeciętniakami takimi jak Rosa Maria lub Liar. Są to nieinwazyjne propozycje, których może nie chce się pomijać, ale z drugiej strony ich potencjalny brak nie byłby szczególnie odczuwalny. Czasami warto skupić się na jednym celu niż próbować łapać kilka srok za ogon.

I pomimo wewnętrznego rozchwiania Sillygomanii nie można zarzucić braku jakości. Belgijski wokalista nad tym wydawnictwem współpracował z producentami, mającymi w dorobku hity Miley Cyrus, Adele, Lany Del Rey czy Charli XCX, i to po prostu słychać.

Po prawie roku od premiery Sillygomanii mogę ocenić jako album bardzo nierównym, a zarazem przeciętnym. Mamy tu elementy bardzo dobre, dość przeciętne, jak i te bardzo słabe i irytujące. I chociaż doceniam dojrzalszą odsłonę Loica to jednak nie jest to płyta, do której wrócę za parę lat. Do poszczególnych utworów i owszem, jednak całościowo odczuwam spory zawód, bowiem Selfocracy było krążkiem zdecydowanie bardziej udanym i przemyślanym. I chociaż można potupać nóżką, uronić łezkę czy nucić cały dzień poszczególne piosnki z drugiej płyty Notteta to jest to raczej chwilowy zachwyt niż coś, co ma zostać z słuchaczem na dłużej.

Loïc Nottet - Sillygomania
  • Data premiery: 22 05 2020
  • Single: On Fire, 29, Heartbreaker, Mr/Mme, Twym
Najlepsze utwory: On Fire, Heartbreaker, Liar
Najsłabsze utwory: Mr/Mme, Doctor, Candy


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Arkadiusz Zroślak
Arkadiusz Zroślak
Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie zamyka się w określonych gatunkach muzycznych, jednak najwięcej miejsca na playliście zajmuje pop zarówno w wersji mainstreamowej jak i alternatywnej. Baczny obserwator Eurowizji, który w wolnych czasie stara się szukać nowych bodźców muzycznych.

Czytaj również

Od zwykłego uczestnika talent show po jedną z największą największych gwiazd w kraju. Tak w jednym zdaniu można opisać karierę Loica Notteta, który w zeszłym roku zaprezentował swój drugi w karierze album. Czy Sillygomania zdała słynny w branży test drugiej płyty? Loïc Nottet w swoim...Loïc Nottet - Sillygomania (2020), recenzja Arkadiusza Zroślaka