Przydzielono mi bojowe zadanie – napisanie recenzji polskiego zespołu Liver, którego wcześniej nie znałam. Do dziś. Nie tak dawno wydali oni debiutancki album #1. Już sam tytuł mnie zaintrygował, tak jak dość oryginalna nazwa tej grupy muzycznej, a więc… Trzeba było skorzystać z okazji!
Zacznijmy od tego, iż cała płyta zawiera tylko sześć utworów. Mało jak na długogrającą płytę, przynajmniej według mnie. Ja bym nazwała ten krążek bardziej EP-ką. Chociaż na stronie internetowej sklepu, dzięki któremu możemy kupić #1 jest dopisek „extended EP”. Całe szczęście. Okej, mamy troszkę kawałków do przesłuchania. I ocenienia kilku z nich. No to co, zaczynamy?
Teoretycznie powinnam była zacząć od pierwszego utworu, ale… postąpię inaczej niż zwykle. Druga propozycja dla słuchaczy zaskakuje lekkością i przyjemnością. Mam na myśli Someone, oczywiście. Tutaj wszystko gra jak trzeba – nienachalne brzmienie gitar z perkusją. Aż chce się słuchać i słuchać. Moim zdaniem, członkowie zespołu Liver powinni koniecznie iść w takich kierunkach. Odniosłam takie wrażenie, że nawet ta dość nietypowa barwa głosu wokalisty idealnie pasuje i chyba… po prostu potrzebuje takich utworów. Zresztą, tutaj słychać country, odrobinę funky i bluesa – czyli coś co naprawdę lubię. Co ciekawe, Someone to pierwszy singiel i bardzo trafny wybór.
Zdębiałam jak usłyszałam Tobacco Tear. Nie przypuszczałam, że dadzą coś tak… spokojnego i, w pewnym sensie, cierpliwego do tego krążka. Na pewno jest to piosenka godna polecenia, gdy człowiek chce odpocząć lub, jak to się teraz mówi, poczuć chillout. Ja też zaliczam się do grona takich osób. Mam takie podejrzenie, że będę ją odtwarzała wielokrotnie.
Ocean Blue jest lekko podobne do poprzedniego utworu, Tobacco Tear. Uwielbiam w niej linię melodyczną – jest to rozkosz dla moich uszu. Rzecz jasna, cały czas można mieć mieszane uczucia co do głosu lidera. Aczkolwiek przyzwyczaić się można. Poszłabym na taki koncert, gdyby ta grupa muzyczna zdecydowała się na stworzenie więcej takich kawałków. Naprawdę, takie właśnie im pasują najbardziej. No i… nie zapominajmy o pięknej, gitarowej solówce! Choć jest, niestety, krótka.
Reasumując całość – Liver to młody zespół, on powstał w tym roku. Członkowie muszą się wiele nauczyć. Ten album nie jest zły, przecież został on wydany „od razu”, po założeniu Liver. Aczkolwiek odniosłam takie wrażenie, iż wciąż poszukują odpowiedniej ścieżki. Jeszcze do końca nie wiedzą jaką drogę wybrać. Z tego co można o nich przeczytać to to, że są „wyjątkową mieszanką muzyczną oscylującą pomiędzy rockiem, bluesem, muzyką alternatywną i akustyczną”. Taka kombinacja może pomóc, ale nie w każdym przypadku. I przypomnę znowu: Liver powstał w tym roku, w roku „pandemicznym”. Czyli trafili w niewłaściwy moment… a może jednak nie? Ciężko jednoznacznie stwierdzić. #1, mimo wszystko, to odpowiedni materiał jak na początek. Bardzo w chłopaków wierzę i kibicuję im z całych sił!
- Data premiery: 30 10 2020
- Single: Someone
