Feniks powstał z popiołów. Linkin Park – From Zero, 2024 (recenzja)

Inne recenzje

Pamiętam moment, kiedy w pierwszym roku pandemii pewien znany portal muzyczny zadał na swoim profilu na Facebooku prowokacyjne pytanie, mianowicie: „Kto jest najlepszym wokalistą w historii rocka?”, zaś grafika, która zdobiła niniejszy post, prezentowała dwóch wielkich – Roberta Planta z Led Zeppelin i Freddie’ego Mercury’ego z Queen. Wszedłem w sekcję komentarzy i poczułem się tak, jakbym dostał cegłą w tył głowy. Komentujący nie tyle wskazywali zupełnie innego wokalistę, co wręcz głośno „skandowali”: „Chester! Chester! Chester!”. Dopiero wtedy uznałem, że Pan Bennington był legendą już za życia. Jego samobójcza śmierć okazała się nie tylko potężnym ciosem dla fanów, lecz przede wszystkim odebrała tlen jednemu z najpopularniejszych zespołów XXI wieku.

Mija siedem lat od jego śmierci. Lider zespołu – Mike Shinoda, ogłasza, że nastąpiła reaktywacja z „niewielką” zmianą w składzie. Na stołku perkusisty, zamiast stałego bębniarza Roba Bourdona, zasiadł Colin Brittain, natomiast wokal wiodący przypadł w udziale Emily Armstrong. Wielu krytyków, jak również samych fanów, nie wierzyło, że tak duże przedsięwzięcie, jakim bez wątpienia jest kapela z Agoura Hills w stanie Kalifornia, powstanie z popiołu niczym feniks i na nowo zawładnie sercami słuchaczy. Ósmy album zespołu – „From Zero”, to tak naprawdę ich pierwsza płyta. Zaczęli z czystą kartą i choć słychać tutaj echa „Hybrid Theory”, „Meteora” czy kilku innych utworów obecnych na pozostałych krążkach, gdzie Bennington brylował na wokalu, to jednak po dłuższym niańczeniu ich najmłodszego „dziecka” okazuje się, że to nieco inna kapela. Czy lepsza? Nie wiem. Na pewno równie porywająca i – co może dziwić – ze świeższym podejściem do muzyki.

From Zero” otwiera 22-sekundowe intro, po którym następuje chwila prawdy. Pierwsza piosenka właściwa nosi tytuł „The Emptiness Machine”. Już od jej pierwszych taktów słychać, że Linkin Park to dobrze naoliwiona maszyna. Jest dynamicznie i przebojowo. Rapowe partie idealnie korelują z tymi czysto śpiewanymi, przy czym z miejsca podkreślić należy siłę i charakter wokalu Armstrong. Z początku można nawet odnieść wrażenie, że panowie zachowują się tak, jakby trzymali tę „bestię” na smyczy i tylko na moment spuszczali z uwięzi, by dać jej trochę powrzeszczeć, jednak od czwartego numeru, nie licząc intra, to ona otwiera większość pozostałych piosenek i tak naprawdę jej partie są tymi najciekawszymi. Ponadto wokalistce należą się dodatkowe słowa uznania co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, musiała w jak najlepszym stylu zarejestrować wokal, gdyż nie śpiewa w lokalnej kapeli, na której koncerty przychodzą głównie znajomi czy okoliczni fani mocniejszych trunków, a osoby wydające na jej działalność niemałe pieniądze. Druga sprawa – musiała zmierzyć się z legendą tragicznie zmarłego Chestera Benningtona. Na „From Zero” znajduje się utwór „Heavy Is The Crown”. Ta korona faktycznie jest ciężka, a wokalistka, nie dość że udźwignęła tę błyskotkę, to jeszcze z dumą założyła ją sobie na głowę.

Następne na płycie „Over Each Other”, wolne od wokalnej protekcji Mike’a Shinody, pokazuje, jak wszechstronną wokalistkę zaprosili do składu. Wspomniana piosenka, gdyby ją nieco przearanżować, z powodzeniem mogłaby zdominować popowe listy przebojów. Mimo to rzeczony utwór nie jest jeszcze tak zwanym wprowadzeniem Emily Armstrong. Podobnie kolejne na trackliście, choć będące jednymi z najlepszych momentów, agresywne „Casualty” i crossoverowe „Overflow”. Dopiero w ósmym utworze słyszymy tę właściwą, potężną falę głosu Armstrong, zaś rapowe zwrotki Mike’a, często z poczwórnymi rymami na końcach wersów, dopełniają dzieła, tworząc w konsekwencji idealne optimum albumu. To w tej piosence charyzma wokalistki idealnie miesza się z chirurgiczną precyzją nawijki lidera i mózgu zespołu.

Ostatnie trzy utwory są niczym trzy asy w talii. Zaczyna się popowym „Stained”, po którym następuje jeden z mocniejszych fragmentów w postaci „I Give You Everything I Have”. To kolejna piosenka, która jasno potwierdza wokalną klasę Armstrong. Natomiast wieńczące album „Good Things Go” to w mojej opinii nie tyle najlepszy utwór na płycie, co jeden z najlepszych spośród wszystkich utworów zespołu w ogóle. Dynamika doskonale łączy się tu z melancholią, zaś chemia pomiędzy wokalistami jest wyraźna tak bardzo, iż jedynie potwierdza to, jak dobrym wyborem było zatrudnienie Emily Armstrong. Chester Bennington, gdziekolwiek teraz się znajduje, na pewno jest dumny, gdyż feniks, na którego grzbiecie jeszcze do niedawna latał, zyskał nowe życie.

Linkin Park - From Zero
  • Data premiery:
  • Single:
Najlepsze utwory:
Najsłabsze utwory:


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Czytaj również

Pamiętam moment, kiedy w pierwszym roku pandemii pewien znany portal muzyczny zadał na swoim profilu na Facebooku prowokacyjne pytanie, mianowicie: „Kto jest najlepszym wokalistą w historii rocka?”, zaś grafika, która zdobiła niniejszy post, prezentowała dwóch wielkich – Roberta Planta z Led Zeppelin i Freddie’ego...Feniks powstał z popiołów. Linkin Park - From Zero, 2024 (recenzja)