Nieco pozmieniało się u Lily Allen przez ostatnie kilka lat. I na myśli mam nie tylko życie prywatne, ale także ukierunkowania muzyczne – ogólnie ujmując. Zagłębiając się w szczegóły, brytyjska wokalistka nie tylko zmieniła motyw przewodni pod wzgledem liryki, ale odeszła także od brzmień, które w mniejszym lub większym stopniu ją charakteryzowały. Londyńska spryciula prezentuje teraz delikatną odsłonę i zapiski z pamiętnika.
No Shame jest najbardziej odrealnionym i różniącym się wydawnictwem w całej dyskografii Lily Allen. Teraz mniej tu tematyki dotykającej otaczającego świata, mniej ciekawych i sarkastycznych spostrzeżeń dotyczących społeczności. Zdecydowanie większa ilość świateł, jak nie wszystkie, skupiają się na wokalistce. Jest sporo o złamanym sercu, o przyjaźniach, narkotykach i alkoholu, ale także nieco o polityce i problemach społecznych. To płyta osobista, okraszona mocną liryką (standardowy zabieg w przypadku artystki) i przeciwstawnie – otulona jest przyjemną, delikatną produkcją, za którą stoi między innymi Mark Ronson, Bloodpop i Fryars.
Próżno szukać tu potencjalnych hitów, które byłyby w stanie podbić jakiekolwiek rozgłośnie radiowe na terenie Wielkiej Brytanii czy Europy. Nic nie jest tu na tyle lotne, żeby okazało się potencjalnym przebojem. Odwrotnie. Zebrany materiał na No Shame pochodzi z tej półki, która nie ma szans zdobyć list przebojów, ale nagrody muzyczne (w dużej ilości) już tak.
One year in you gave me, a set of keys
Two years and you bended down on one knee
Three years and we’re living out in the country
Four years and you’ve given me my beautiful babies
But it was all too much for me
Now I’m exactly where I didn’t want to be
I’m just like my mummy and my daddy – „Apples”
Lily Allen jest trochę naga. Zdjęła gardę, maskę schowała głęboko do szafki i już na starcie (Come On Then) pokazała, że nie tylko będzie osobiście, ale także szczerze. Bez żadnych celegieri, bez fajerwerków i przerysowanych produkcji pop. Pikantnie i ostro, ale też przeciwnie – kobieco. Ten cały negliż działa na plus, zwłaszcza liryka. To piorunujący pamiętnik, który robi wrażenie.
I jak kiedyś można było wyraźnie usłyszeć wpływ elektroniki i nieco r&b przy pierwszych krokach, tak teraz królują tu nie tylko piosenki typowo ubogie muzyczne (więcej klimatu tutaj dodają nasuwające się warstwy wokalne niż instrumenty muzyczne), ale także kompozycje, w których jak na dłoni słychać i czuć wpływ dancehall’u i reggae.
Cieszy mnie też fakt, że delikatny głos Lily w końcu nie ginie wśród bogatych dźwięków, które przeważały na Sheezusie. Jest trochę melodii komputerowych, trochę akompaniamentu instrumentów żywych, ale to nie jest już ten sam natłok co ostatnio. Teraz wokal Allen jest wyraźny, nieprzytłumiony, niezgaszony i zwyczajnie czysty. Jej głos i brytyjski akcent to główna atrakcja tego wydawnictwa muzycznego.
Płyta No Shame na pewno nie spodoba się znacznej części słuchaczy, którzy oczekiwali od Lily kolejnych przebojów, chwytliwych melodii i tekstów. Teraz jest prywatnie, spokojnie. Znaczna metamorfoza zadziałała jak najbardziej na plus. I choć niektórych, to wydawnictwo może zanudzić na śmierć, to trzeba zauważyć wyraźny progres, rozwój artystyczny, który połączył się perfekcyjnie z nietuzinkową osobą Lily Allen. Ten album jest kwintesencją i dobrym zwieńczeniem tego, co prezentowała nam wokalistka na przestrzeni lat.


