Let It Roll Open Air 2015 – dzień pierwszy (30.08), relacja Joanny Gulewicz

Let It Roll to jedno z tych wydarzeń muzycznych, które każdy fan muzyki elektronicznej powinien zobaczyć na własne oczy chociaż raz w życiu. Co prawda ma sporą konkurencję w postaci belgijskiego Tomorrowland, czy serbskiego EXIT Festival, ale jeśli chodzi o prężną scenę drum & bass, uzyskał status największego tego typu wydarzenia  na świecie!  Nic dziwnego – w ciągu trzech dni przez siedem scen przewija się ponad 160-ciu artystów, których sława obiegła cały świat! Specjalnie dla was relacja z tego 3-dniowego muzycznego szaleństwa. Ponieważ ja byłam jedna, a scen aż siedem, siłą rzeczy moja relacja będzie mocno okrojona ale mam nadzieję, że uda mi się choć w niewielkiej części oddać klimat panujący na miejscu.

Optiv & BTK

Ponieważ kolejki do bramek okazały się nieco przekraczać przewidywania organizatorów na teren festiwalu udało mi się wejść dość późno, ale na szczęście wystarczająco wcześnie, by załapać się na występ darkstepowej formacji Optiv & BTK. Jedną z największych zalet tego odłamu są naprawdę mocne kompozycje, które wraz z swoim rozwojem nie tylko nie dążą do stabilizacji ale wprost przeciwnie – rozpuszczają swoje niepokojące macki, oplatając i całkowicie obezwładniając słuchacza. Inspirujące i wyzwalające połączenie dynamiki z oscylującymi na granicy przesterowania, ciemnymi beatami i doprawienie tego wszystkiego niepokojem zawsze mile widziane, a chłopakom z Optiv & BTK jak zwykle wyszło doskonale.

Lenzman

Po dzikich i wyczerpujących wirażach pod sceną przyszła pora na chwilę orzeźwienia. Oddech poszłam oczywiście złapać na Madhouse Stage, gdzie wpadłam wprost na występ Lenzmana. Jest melodyjnie, kołysząco, przyjemnie. Liquid funk ma to do siebie, że bez względu na to kiedy i gdzie go słuchasz, zawsze czujesz się jakbyś stał na brzegu morza,  owiewany stonowaną bryzą. Harmonijna linia melodyczna, ograniczenie  skoków wysokości dźwięku, czy wygładzenie głosu – wszystko to rzeczywiście koi i przynosi wytchnienie po całym dniu podróży.

Maztek

Zregenerowana a nawet wypoczęta ruszam na Maztek. Kto zna, ten od razu się domyśli, że regeneracja przed ich koncertami jest wręcz niezbędna do przetrwania. Muzyka jest silnie stechnicyzowana, słychać w tym wszystkim futurystycznego ducha przyszłości. Jeśli chodzi o rytmikę, nie dość że tempo jest dość wysokie, dodatkowo podkręcają je wszystkie przetaczające się przez kawałek ścieżki. Dzięki temu, że w każdej z nich na plan pierwszy wybija się początek kolejnego taktu, wręcz zmuszają do tańca. No i tańczymy – i ja i setki innych osób!

B-Complex

Nareszcie B-Complex. Temu z was komu nic nie mówi ta nazwa muszę wyznać, ze jeśli chodzi o scenę d’n’b B-Complex jest jedną z tych formacji, na którą czeka się jak na namaszczenie, oczekując muzycznej komunii. Matus Lenicky, bo tak naprawdę nazywa się chłopak, który stoi za projektem zawsze potrafi sprostać oczekiwaniom i nie zawodzi również tym razem. Robi się lekko, wdzięcznie, nieco trance’owo, choć z domieszką downtempo i oczywiście wedle ściśle określonego rytmu. Kompozycje nasycone różnorakimi efektami imitującymi dźwięki natury, przeplatając się z brzmieniem technicznym tworzą lotną i naprawdę ciekawą mieszankę.

Czytaj również