Leonard Cohen – Popular Problems (2014), recenzja Marty Mrowiec

21 września Leonard Cohen skończył 80. lat. Nie w głowie mu jednak ciepłe kapcie i gazeta. Mimo tego, iż wydanie nowego albumu było podyktowane kłopotami finansowymi to nie zmienia to faktu, że ten starszy dżentelmen ciągle nagrywa muzykę, której chce się słuchać i do której się wraca. Kolejnym przykładem na to jest trzynasty krążek  w dyskografii artysty zatytułowany Popular Problems.

Leonard Cohen nie zwalnia tempa. W 2012 roku ukazał się jego dwunasty album Old Ideas, w międzyczasie odbył światową trasę koncertową a teraz wydał kolejny album. Jak na 80 – latka całkiem spore dokonania. W Polsce muzyka kanadyjskiego artysty cieszy się dużym zainteresowaniem. Świadczyć może o tym chociażby fakt, iż Old Ideas sprzedało się w 40tys. egzemplarzy o czym może pomarzyć większość naszych rodzimych gwiazd. Polscy fani artysty mogli się również spodziewać niespodzianki od artysty w przypadku najnowszego albumu. W pierwszym nakładzie płyta sprzedawana była wraz z dodatkową książeczką zawierającą tłumaczenia wszystkich utworów z albumu. Ich przekładu podjął się dobry znajomy artysty, dziennikarz i tłumacz jego wierszy Daniel Wyszogrodzki a cały proces nadzorował sam Cohen ze swoimi managerami. Książeczka dostępna z płytą była tylko do wyczerpania pierwszego nakładu.

Tych dziewięć piosenek utrzymanych jest w stylu Cohena, ale są one też absolutnie unikalne. Leonard przekroczył kolejne granice swoim twórczym podejściem do muzyki – tak zachwala płytę szef wytwórni Sony Music Rob Stringer.

Po przesłuchaniu najnowszego albumu artysty nie mamy co do tego żadnych wątpliwości. Artysta mimo tego, iż kroczy konsekwentnie drogą obraną podczas swojej kariery to potrafi nas zaskoczyć otwartością na nowe brzmienia i połączenia. Nie jest to jednak rewolucja w jego twórczości, gdyż wszystko nadal jest bardzo „cohenowe”. Szeptane, otoczone delikatnością kobiecych chórków, miejscami mroczne, wymruczane chropowatym głosem, którego nie da się pomylić z nikim innym. Głosem, który jest głównym atutem tej płyty i który stanowi wartość samą w sobie. To stary (nie ma to nic wspólnego z wiekiem) dobry Cohen, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Już na okładce jawi nam się jako dystyngowany mężczyzna ubrany w garnitur, z kapeluszem na głowie i laską w ręce. I właśnie taka jest jego muzyka, którą nam proponuje. Elegancka i dystyngowana. Nie ma tutaj szaleństwa, jednak to w zupełności nie przeszkadza. Cohen wodzi nas za nos swoim głosem, gdzieniegdzie dając nam prztyczka, jak chociażby w Did I Ever Love You, które delikatnie ociera się o country czy arabską wstawką w Nevermind. Zaskakuje. Cieszę się, że artysta postanowił na to, aby jego album był różnorodny i korzysta z bogactw różnych gatunków, a mimo tego krążek nadal jest spójny i harmonijny.

I tak całą muzyczną podróż rozpoczynamy od delikatnie jazzowego Slow. Następnie dostajemy subtelne Almost Like the Blues, by później wyciszyć się przy opowieści inspirowanej biblijną historią Samsona. Samson in New Orleans ozdobiony został partią skrzypiec, które wprowadzają melancholię i nostalgię (podobnie jak w You Got Me Singing, zamykającym album czy w Going Home z poprzedniego albumu). Oprócz tego dostajemy jeszcze uduchowione Born In Chains z kobiecym, niemal gospelowym, chórkiem, który ożywia nieco wokal artysty czy wspomniane wyżej wpadające w country Did I Ever Love You – najbardziej żywy utwór na albumie, jeżeli w ogóle można o dynamiczności mówić w przypadku Cohena. I to w nim jest dobre. Jego muzyka leniwie płynie, nikt nas nie pogania i spokojnie możemy odprężyć się i rozmarzyć. Na uwagę zasługuje również świetna kompozycja My oh My, która najbardziej zapada w pamięć. Szkoda, że artysta uraczył nas tylko 9 kompozycjami, które zamykają się w niecałych 36 minutach.

Popular Problems to na pewno album mniej surowy i bardziej bujający niż Old Ideas, głównie za sprawą mocniej wyeksponowanych chórków. Kobiece partie świetnie wpisują się w męski i ciężki wokal artysty, podkreślając go i nadając mu nową siłę i wyrazistość.

Na próżno szukać tutaj  hitów, które byłyby latami emitowane przez stacje radiowe jak legendarne i nieśmiertelne Dance Me To The End Of Love, I’m Your Man, In My Secret Life, czy coverowane przez wielu artystów, wykorzystane i przypomniane między innymi w Shreku Hallelujah. Jednak artysta będący w takim, a nie innym momencie swojej kariery, dokładnie określony i zdefiniowany, mający na swoim koncie 13 albumów ma prawo nagrywać właśnie takie albumy. Zupełnie swoje od pierwszego do ostatniego dźwięku, mało krzykliwe a przy tym zachwycające minimalizmem aranżacji i posiadające niezwykły urok.

leonard cohen popular problems

Czytaj również