Koniec lata przyniósł kolejną płytę Lenny’ego Kravitza. Cztery lata po dobrze przyjętym Strut przyszedł czas na nowe. Raise Vibration, jedenasty album studyjny amerykańskiego artysty, właśnie się ukazał.
Raise Vibration. Jedenasta płyta. Po drodze życiowe wyboistości (m.in. rozwód z Lisą Bonet, śmierć ukochanej matki), dziesięć albumów studyjnych, trasy koncertowe, wywiady. Kołowrotek się kręcił, ale on wytrwale dotrzymywał mu tempa zaliczając przy tym stosunkowo niewiele potknięć. Raise Vibration również nie należy do tych ostatnich, choć nie da się ukryć, że do najlepszych osiągnięć Kravitza jego najnowszej płycie trochę brakuje.
Przeglądam swoje notatki. „Who Really Are the Monsters – !”. Dalej. „5 More Days ‘Til Summer – ?”. Ten mocno skrótowy, dość symboliczny zapis pewnej sekwencji znaków zapytania i wykrzykników oddaje to, co bardzo znamionuje najnowszą płytę studyjną Amerykanina – nierówność. Tyle wykrzykników, co pytajników. Kiedy już próbuje się wyczuć, w którym kierunku Kravitz zmierza, nagle udaje się w przeciwną stronę. Zbyt dużo kombinowania, za mało przejrzystości. W całym tym przeładowaniu jest soul, funk, elementy gospel, pop, elektronika i rock w końcu. To dużo, momentami aż za bardzo. Co nie znaczy, że z tej misternej architektury nie wyłaniają się ciekawe obiekty. Wcześniej wspomniany Who Really Are the Monsters to jeden z nich. Kravitz pozwolił sobie na eksperymentowanie z elektroniką i trzeba przyznać, że wyszło intrygująco. Zwraca uwagę również Johnny Cash. Mocne jest singlowe Low. Raise Vibration zamykają też bardzo dobre kompozycje, które trochę przywołują na myśl album Mama Said. Mowa o Ride i I’ll Always Be Inside Your Soul. Prostota, słyszalna w obu tych kompozycjach, jest tym, czego najnowszej płycie Lenny’ego Kravitza brakuje.
Raise Vibration jest ciepłą i przyjemną płytą, poprawną, ale raczej niewiele więcej. To muzyka tła, ale nie pierwszego planu. Lenny odnotował na niej również kilka innych niecelnych strzałów jak 5 More Days ‘Til Summer – bardzo popowy, melodyjny kawałek, który żadną miarą nie pasuje do albumu, raczej do playlist komercyjnych stacji radiowych. Mniej pazura, więcej głaskania. Niewiele wnosi też Here to Love. Zaaranżowana na fortepian ballada wyraźnie odstaje od całości materiału.
Najnowszy album amerykańskiego artysty to płyta zaangażowana społeczno-politycznie, a jednocześnie bardzo osobista. Nie po raz pierwszy zresztą Kravitz umieszcza na swoim albumie wielkie hasła. Wymachiwanie takimi sztandarami to odpowiedzialność, której Lenny jest i zawsze był całkowicie świadomy. Wbrew beztrosce, jaka bije z pastelowej okładki Raise Vibration, ładunek emocjonalny, który ze sobą niesie nowa płyta Kravitza, jest paradoksalnie dużo cięższy. Szczerość, z jaką śpiewa sprawia, że po prostu mu się wierzy. Tak zwyczajnie. Lenny potrafi wzruszyć, wywołać empatię. Te zdolności przejawiają się chociażby w utworze Johnny Cash, kompozycji poświęconej matce artysty i bardowi muzyki country. Wiarygodność jest siłą tego albumu, nawet jeśli momentami ociera się o naiwność jak w balladzie Here to Love.
„Wojna będzie trwała, dopóki nie przestaniemy zrzucać bomb”. To słowa z Who Really Are the Monsters. Brzmią dość mocno, może rewolucyjnie, ale sama Raise Vibration nie przymierza się do miana czegoś wielkiego. Trudno odmówić Lenny’emu niesamowitych zdolności czy talentu, ale jego najnowsza płyta nie jest na miarę jego możliwości. We wrześniu, niemal trzy dekady temu, Kravitz wydał swój debiutancki album. „Let Love Rule” – tak brzmiał jego tytuł. To także dewiza, której pozostał wierny do dziś.
