Lee DeWyze – Frames (2013), recenzja Sergiusza Królaka

Zwycięzcy programów talent-show nie nagrywają zazwyczaj płyt, które mnie zaskakują czymkolwiek. Najbardziej irytują mnie wokaliści, którzy wzięli się za nagrywanie albumu lekkiego i przyjemnego, w których przeważa muzyka country- popowa. Taki materiał zaprezentował nam Lee DeWyze, laureat dziewiątej edycji American Idol.

Lee DeWyze od dzieciństwa interesował się muzyką. W wieku 17 lat podczas jednej z domówek, kiedy grał na gitarze i śpiewał, został odkryty przez Louisa Sviteka – muzyka i właściciela niezależnej wytwórni muzycznej WuLi Records. Niedługo potem podpisał z nim kontrakt i zaczął występować pod nazwą Lee DeWyze Band (razem z Jeffem Hendersonem i współwłaścicielem wytwórni WuLi Records – Ryanem McGuire’m). W 2007 roku nagrał swój debiutancki album So I’m Told, a trzy lata później – Slumberland. Produkcją obu zajął się McGuire. Po wydaniu drugiej płyty wokalista postanowił spróbować swoich sił w dziewiątej edycji talent-show American Idol. Ostatecznie, 26 maja 2010 roku wygrał finał konkursu i podpisał kontrakt płytowy z wytwórniami 19 Entertainment oraz RCA Records. W tym samym roku ukazał się album Live It Up, a w 2012 roku – What Once Was. 20 sierpnia 2013 roku premierę miała piąta studyjna płyta DeWyze’a – Frames.

Rozpoczynające album Fight nie zachęciło mnie bynajmniej do dalszego słuchania – typowa dla zwycięzcy talent-show radiowa propozycja z gitarą na pierwszym planie oraz perkusją (Michaela McGarity’ego) w tle w ogóle mnie nie przekonała. Chociaż muzycznie wszystko było naprawdę świetne, całość okazała się bardzo wtórna i nudna, a jej poziomu nie podniósł nawet bardzo ciekawy wokal Lee’a. Fire Away od razu skojarzyła mi się z muzyką country, a to wszystko za sprawą gitary elektrycznej Philla Allena. Potem wybrzmiała perkusja, bas Jonny’ego Flaughera oraz gitara DeWyze’a. Kiedy wokalista zaczął śpiewać, na myśl od razu przyszedł mi przebój duetu Simon & Garfunkel Mr. Robinson (który potem zcoverował i rozpromował zespół The Beatles). Nie wiem, czy to plagiat, czy przypadkowa zbieżność brzmień, czy moje wyolbrzymienie. W każdym razie mam bardzo mieszane uczucie wobec tej piosenki z płyty Frames. Jeśli chodzi o „muzyczne deja vu”, Stay Away od razu nasunął mi skojarzenia z najnowszym singlem Eltona Johna – Home Again.

Wątpliwości nie miałem przy innych piosenkach: Little Did I Know oraz singel Silver Lining okazało się dynamicznym, jednak mało oryginalnym i kojarzącym się z zespołem Train utworem (jego największą zaletą była jednak zamierzona chrypka Lee’a oraz pianino Drew Pearsona w tle), tytułowe Frames rozpoczęło się niezwykle przewidywalnie – perkusją (DeWyze’a i Marco Meneghina), potem pojawił się bas, pianino, organy, dzwonki oraz trąbka Philipa Dizacka. Pomimo mnogości instrumentów, całość nie wbiła mi się w pamięć, równie szybko wyleciała, jak w wleciała w ucho; Like I Do zaczęło się a cappella, co bardzo mi się spodobało, jednak i w tej propozycji dość szybko pojawiła się monotonia i wtórność.

Przełom pojawił się na drugiej połowie płyty. Wszystko rozpoczęła piękna ballada Open Your Eyes, odbiegająca kompletnie od poprzednich pięciu utworów. Urzekła mnie pięknym brzmieniem pianina, multiwokalem DeWyze’a oraz klimatem, jaki stworzyła i bez dwóch zdań jest to moja ulubiona propozycja z Frames. Równie pozytywnie odebrałem You Don’t Know Me oraz The Ride, które brzmiały, jakby były totalnie z innej, znacznie lepszej płyty. Bardzo spodobał mi się nieco przekształcony (ale nie wyczyszczony ani nie zmieniony auto-tune’m) wokal w obu z nich. W Don’t Be Afraid ponownie miałem do czynienia z perkusyjno-gitarową pioseneczką, okraszoną jednak pomysłowymi i niebanalnymi efektami dźwiękowymi. Dużym atutem utworu okazał się keyboard Lincolna Cleary’ego oraz trąbka Philip Dizacka.

Zamykające album piosenki Who Would’ve Known i Breathing In miały ciekawy klimat, który stworzyły instrumenty strunowe oraz chrypką w głowie DeWyze’a. Jednak podobnie jak pierwsze utwory z płyty, obie były banalne i nie wyróżniały się niczym. Tak jak cały album oraz te poprzednie – niby wszystko brzmi, wszystko wpada w ucho i zostało nagrane na wysokim poziomie, ale żadna z propozycji nie wybija się, nie zapada w pamięć, często nasuwa skojarzenia z tym, co już słyszeliśmy w radiu. Jedynymi wyjątkami na Frames okazały się Open Your Eyes, You Don’t Know Me oraz The Ride. Całej reszcie podziękowałbym…

Lee DeWyze – Frames

Czytaj również