Nareszcie. Jest. Płyta, na którą czekałem chyba dłużej niż na nowy krążek Beyoncé. Leę Michele poznałem w serialu Glee kilka lat. Od tamtego czasu bacznie śledzę jej talent, słucham wszystkich solówek i duetów w serialu. Aż w końcu doczekałem się jej solowych, autorskich dokonań. Jest moc.
Tak jak pisałem przy niektórych recenzjach, tak i tu na wstępie napiszę – to będzie recenzja wielkiego fana tej artystki, dlatego możliwe, że trochę mam klapki na oczach. Ale kto mi zabroni? :)
W serialu Glee Lea wykonała ponad sto piosenek, ma tak niezliczoną ilość niesamowitych solówek, śpiewała przeboje Celine Dion, teatralne hymny z Funny Girl czy West Side Story czy nawet Katy Perry i Beyoncé. Za każdym razem zaskakiwała, za każdym razem dodawała coś od siebie, za każdym razem przechodziły mnie ciarki.
Jej solowe dokonania rozpoczęły się od utworu Cannonball wydanego w jakże ciężkim i newralgicznym czasie – po śmierci ukochanego. Jakkolwiek źle i niepoprawnie to zabrzmi – śmierć Cory’ego zmobilizowała Leę do wydania debiutanckiego albumu. Miał on już ujrzeć światło dzienne w sierpniu, potem coś się przeciągało… potem nastąpiła ta tragiczna rzecz w jej życiu. Lea wróciła do studia, nagrała kilka nowych piosenek i tak mam krążek Louder. Pomieszanie z poplątaniem. Cannonball lubię, jednak dużo bardziej do gustu przypadła mi przepiękna ballada Battlefield. Właśnie w takich klimatach – balladowo-cierpięnitczych (tak, to moje słowo) lubię ją najbardziej. W Glee poraziła mnie swoją wersją What I Did For Love czy Roots Before Branches. Ale to była dopiero przystawka, to było dopiero pokazania ‘patrzcie jaka zajebista jestem’. Battlefield to prawdziwa uczta, danie z najwyższej półki.
Niestety, ale Battlefield to jedyny tego typu utwór na płycie. Są jeszcze inne, podobne, jednak prawdziwą balladą z krwi i kości jest tylko ten kawałek. Po przesłuchaniu krążka dodam również, że jest to moim zdaniem najlepsza i najbardziej emocjonalna piosenka na płycie. Dalej jest jeszcze If You Say So. Piosenka prawdopodobnie z jeszcze większym ładunkiem emocjonalnym i ‘życiowym’. To ten utwór głównie opisuje uczucia Lei po odejściu ukochanego, to ten utwór pomógł się jej uporać ze stratą. Kontynuując tę stronę albumu, co do której miałem duże wymagania wyróżniają się jeszcze Thousand Needles, Cue the Rain i Burn With You. To kawałki spokojne lub półspokojne i to co do nich miałem największe oczekiwania. Spełniły one je połowicznie, ale są bardzo dobre. Mój problem – i prawdopodobnie tylko mój – jest taki, że w Glee najbardziej pokochałem wszystkie ballady w wykonaniu Michele. Dlatego też na płycie to Battlefield jest moim ulubionym kawałkiem. Pozostałe kawałki lubię bardzo, a także rozumiem, że młoda artystka nie mogła nagrać całego krążka z samymi balladami. Ale gdyby nagrała, byłbym w niebie.
Do dynamiczniejszych utworów na krążku należą tytułowy Louder oraz Don’t Let Go. Nie są to jakieś majstersztyki, ale całą moją miłością do Lei i jej głosu – i takie kawałki przełknę. Baa, nawet lubię je bardzo. Pozytywne, hitowe… Mam nadzieję, że któremuś uda się przebić do świadomości szerszej widowni i stać się jakimś małym hitem.
Dwa utwory na płycie nie podpasowały mi w ogóle. Są trochę nijakie i nieciekawe. On My Way to świetny popis głosu Lei, jednak ogółem piosenka jest tak pomieszana, tak poplątana, że nie chce mi się jej słuchać. Zwłaszcza, że przed mamy świetny Cannonball, a później cudowne Burn With You. Kolejny kawałek, który bym nazwał zapychaczem to Empty Handed. Jeśli jestem już przy minusach – płyta w pierwszym, drugim i trzecim odsłuchu jest dziwna. A to z racji, że z jednej strony wydaje się jednostajna, lekko monotonna i w tym samym gatunku, a z drugiej strony w jednym kawałku takim jak np. On My Way mamy trochę up-tempo, wstawki dubstepowe, ładny wokal… Brak mi trochę takiego wyważenia, pomysłu na płytę. Ballady przeplatane są uptempo’ami i tak dalej. To nie jest zły pomysł, jednak tutaj jest naprawdę spora karuzela i kręci się w głowie.
Na sam koniec wymienię jeszcze plusy, które trzeba wypunktować. Numer jeden – FE NO ME NA LNY głos Lei Michele. To jest to, co każdy z nas powinien docenić, poznać. Ta dziewczyna naprawdę ma wokal jak marzenie, jeśli ktoś – i ona sama – pokieruje swoją karierą w odpowiedni sposób, to za 20-30 lat będzie mała status taki, jak dziś Céline Dion. Dwa i trzy – doskonałe teksty oraz znakomita produkcja całego albumu. Wszystko tutaj jest na światowym poziomie, ale to nie powinno dziwić. Prócz samej Michele, w procesie pisania tekstów i produkcji znalazły się takie nazwiska jak Sia Furler, Stargate, The Messengers, Fernando Garibay, Christina Perri czy David Hodges.
Cieszę się bardzo, że ten album powstał. Odkąd zacząłem oglądać Glee kilka lat temu, to właśnie na krążek Michele czekałem najbardziej. Rachel (postać grana przez Leę w Glee) to moja ulubiona postać, a głos Lei należy do czołówki wokali, które wielbię (tak, tak, obok Beyoncé, Xtiny czy Alicii). Louder to znakomity album, pełen emocji, świetnych kawałków, prawdziwości i życia. Jest już prawie marzec 2014. Póki co, to jest dla mnie album numer jeden.


