Jedni uwielbiają historię opowiedzianą w 50 Twarzach Greya, drudzy po prostu ją tolerują, a trzeci z głębi serca nienawidzą. Są jednak i tacy, którzy pomimo niechęci do książki E.L. James pokochali stworzony do niego soundtrack. Wspólna praca takich artystów jak Beyoncé, The Weeknd, Ellie Goulding, Sia czy Jessie Ware, skończyła się zarówno komercyjnym jak i artystycznym sukcesem. Wśród tych starych wyjadaczy swój solowy numer umieściła również debiutująca Laura Welsh. Ciepło przyjęty kawałek Undiscovered stał się decydującym impulsem, aby po kilku zmianach daty premiery wytwórnia wokalistki postanowiła w końcu wypuścić materiał zatytułowany Soft Control. Wbrew oczekiwaniom album przeszedł w mediach bez jakiekolwiek echa.
To z pewnością nie po myśli samej zainteresowanej, bo Laura przebyła zawiłą drogę aby ta płyta ujrzała światło dzienne. Chociaż zaczęła śpiewać w wieku dziesięciu lat, a jej rodzice byli muzykami to swoją profesjonalną karierę Laura zaczęła dopiero jako nastolatka w zespole Laura and the Tears z którym wydała jedną ep-kę Love Live On! w 2009 roku. Potem zaczęła nagrywać pod pseudonimem Hey Laura, aby ostatecznie wydać Soft Control pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Pierwszym dużym sukcesem urodzonej w Staffordshire piosenkarki było supportowanie Ellie Goulding oraz później brytyjskiego tria London Grammar na ich trasach koncertowych. Swoją wydawniczą (choć nie do końca solową) przygodę Laura z kolei rozpoczęła, oprócz wspomnianego kawałka do ścieżki dźwiękowej pewnej ekranizacji, pod skrzydłami producenckiego duetu Gorgon City z którym nagrała całkiem przyjemny wakacyjny singiel Here for You. Klimat recenzowanego krążka tymczasem daleki jest od letniej sielanki.
Hipnotyczny electro-soul w popowej formie. Tak całość określiła w jednym z wywiadów Laura. I rzeczywiście, debiut młodziutkiej Welsh to połączenie mocniejszych powerballad z delikatnymi pościelówkami. Dodatkowym atutem jest długa, bardzo imponująca grupa producentów, którzy nadali albumowi taki a nie inny charakter. Najbardziej popularni tacy jak Dev Hynes, Jonathan Lipsey czy Emile Haynie pracowali chyba ze wszystkimi liczącymi się w show-biznesie nazwiskami. Od Adele i Alicii Keys, przez Florence&The Machine aż po Amy Winehouse. Dlatego też Soft Control to muzyczna synteza wszystkich tych wokalistek zawarta na jednej płycie kompaktowej. To komplement, ale…
Każdy album to połączenie trzech kluczowych czynników: produkcji, wokalu i tekstów. O świetnej produkcji już wspomniałem. Wokal jest niemniej doskonały: sposób wyśpiewywania kolejnych fraz przez Laurę to wypadkowa nie tylko jej niezaprzeczalnego talentu, ale także świadomości jak to robić i spowodowania, aby każdy dźwięk wywoływał u słuchacza określone w tekście emocje. Wokalistka bez problemu jest w stanie rozpocząć utwór przy dźwiękach czystego pianina i zakończyć silnym wokalem przy orkiestrowych aranżacjach (tak dzieje się m.in. w tytułowej kompozycji). Wyraźnie punktującą perkusję, masywne, wybuchające niepostrzeżenie refreny usłyszymy z kolei w Break The Fall i Ghosts, soulowe Breathe Me In przywiedzie niejednemu na myśl dokonania Annie Lennox, a przy God Keeps na pewno zainteresuje nas intrygujący flirt fortepianu z elektroniką. Klimatyczne Unravel to numer specyficzny, który potrzebuje czasu, wchodzi w krwiobieg coraz intensywniej w miarę kolejnych odsłuchów. I tu dochodzimy do trzeciego czynnika, który na Soft Control sprawdza się doskonale. Tekst utworu to dramatyczny apel o miłość, miłości pomimo wszystko i poświęceniu w jej imię całego siebie. Cały kawałek zresztą nawet bez większych modyfikacji mógłby znaleźć się na jednej z płyt Jessie Ware, tak podobnej stylistycznie i emocjonalnie do Laury Welsh.
Rozczarowanie przynoszą ostatnie dwa utwory na krążku i jedyny na nim duet. Utwór Hardest Part, bo o nim mowa, zaraz obok leniwych Hollow Drum i Call To Arms pretenduje do tytułu najgorszego, a na pewno najbardziej szablonowego i sztucznego wśród premierowych jedenastu piosenek. Mimo wielkiego szacunku jakim darzę Johna Legenda, Hardest Part wypada blado pod względem interpretacyjnym; trochę wygląda to tak jakby śladem amerykańskich bestsellerów na albumie musiał znaleźć się przynajmniej jeden, jakikolwiek featuring. Nie tędy droga. Miejsce owej kompozycji mogłoby zająć przecież Undiscovered, z którego słuchacze w znakomitej większości kojarzą głos Laury. Tak niestety się nie stało.
Debiutancki krążek rudowłosej Laury Welsh to majstersztyk pod względem producenckim. Pojedynczych numerów nie powstydziłaby się z pewnością ani Florence Welch ani Jessie Ware. Sam ten fakt jednak nasuwa na myśl smutną konkluzję – Soft Control bowiem to album poprawny, ale niezwykle bezbarwny. Welsh mimo swojego wokalnego talentu nie tchnęła do niego indywidualności, charakterystycznych detali. Przez to po odsłuchu bądź co bądź przyjemnej całości jesteśmy usatysfakcjonowani, ale jednak w głowie nie pozostaje nam żadna konkretna piosenka, tytuł czy melodia. Mam nadzieję, że wydanie drugiego albumu będzie okazją by to poprawić.


