Włączam płytę Lauri Mvuli i od pierwszych dźwięków przenoszę się w magiczną krainę delikatności i subtelności. Zjawiskowa wokalistka zawojowała brytyjską scenę dwa lata temu ze swoim debiutanckim krążkiem Sing to the Moon.
Już wtedy wiadomym było, że to odkrycie zdziała cuda na scenie muzycznej pełnej nowoczesności. Połączenie jej aksamitnego głosu z chórami w tle i przebojową, acz niezwykłą ścieżką dźwiękową obfitą w najrozmaitsze instrumenty, chwytliwy bit i świadome połączenie popu i r&b. Piękno w czystej postaci.
Kiedy usłyszałam wyczekiwany singiel zapowiadający drugi krążek brytyjki poczułam się jednak odrobinę rozczarowana. Overcome miało co prawda potencjał na świetlaną dyskotekową przyszłość, jednak wspominając wcześniejsze, liryczno-melancholijne wcielenie artystki odczuwałam niepokój dotyczący nowego materiału. Oczywiście, nie mogę jej zarzucić stagnacji i pragnąć zatrzymania się na muzycznej ścieżce rozwoju, ale przywykłam chyba do niewyobrażalnej dozy emocji, które zafundowała mi swoim debiutem. Piękne chórki i doniosły głos wyśpiewujący niemalże hymniczne strofy pozostał jednakże w niezmienionej odsłonie.
Dzięki Phenomenal Woman- tanecznej, rytmicznej i wpadającej w ucho piosence odzyskałam jednak przekonanie, że to jest to. Dynamiczniejsza, żywsza i odważniejsza artystka, pokazująca na co dopiero ją stać. Laura Mvula zachęca i przekonuje, że o wiele więcej atrakcji dopiero przede mną.
Trzeci utwór promujący album- People- rozpoczyna się ciężko, rozkręca się również dość powoli. Mvula krzyczy, doniośle prezentuje swoje głosowe atrybuty. W tle słychać piękne zawodzenie, anielską wielogłosowość, niebańskie chóry. Do momentu, w którym do kompozycji dołącza raper Wretch 23. Burzy spokój, lecz wzbudza kolejno niepokój. Świetny przykład zmieniania napięcia u słuchacza w jednej jedynej kompozycji. Niejednorodność, a co za tym idzie- nie-nudność. Nan to przerwa po której z niecierpliwością wyczekuję kolejnego hitu.
Płyta przesłuchana kilkukrotnie pod rząd okazuje się być jednak krótka i niewystarczająca. Mogłabym słuchać jej głosu w kółko, Laura Mvula nie zaspokaja do końca mojego muzycznego pragnienia. Nie jest zła- wręcz przeciwnie- jest jej zdecydowanie za mało.
Na płycie nie zabrakło jednak spokojnego i lirycznego oblicza artystki. Na szczęście z drugim albumem nie porzuciła swoich cudownych relaksujących kompozycji dla tanecznych rytmów. Za sprawą Bread, Show me love oraz Kiss my feet z dzwonkami wprowadzającymi nieco świąteczną aurę. Ten skojarzeniowy produkt popkultury szybko zostaje zniwelowany przez charakterystyczne dla wokalistki instrumenty dęte przeszywające utwór na wskroś. Kolej na uderzenia bębnów i syntetyczne stuknięcia w klawisze. Na deser smyczki, a na kolację przejmujący miłosny tekst wieńczące tą piękną, baśniową opowieść.
Lucky Man to energetyczna bomba, choć szybko wybuchająca. Monotonia nie zawsze się sprawdza, lecz hymny Mvuli są bezkonkurencyjne. Prędko przechodzimy do Let me fall, żeby wybudzić się za sprawą kolorowych dźwięków.
The Dreaming Room to dla mnie część druga pięknej historii, którą rozpoczęła Laura Mvula w 2013 roku. Nie potrafię potraktować płyty jako osobnego albumu, ponieważ zdecydowanie zbyt mało na nim cudowności. To tylko 36 minut wspaniałego brzmienia, jak gdyby podarowano mi kawałek maleńkiego baśniowego świadka. Trailer do długotrwałego melodramatu, który można byłoby oglądać bez końca, mimo że z wilgotną od wzruszeń chusteczką w dłoni.

