
Końcówka lat dziewięćdziesiątych była okresem niesamowitych, odważnych poszukiwań i odkryć w obrębie praktycznie każdego gatunku muzyki popularnej. Jedną z najjaśniej świecących gwiazd tamtego okresu bez wątpienia został brytyjski, trip-hopowy duet Lamb, w ekstrawagancki, niepokojący wręcz sposób mieszając gatunki i zestawiając je z dramatycznym, rozedrganym głosem Lou Rhodes. 23 lata później wciąż eksperymentują, ale cały przemysł muzyczny zdążył już odrobić lekcje. Mieszanie gatunków jest normą i zamiast wyróżniać się, The Secret of Letting Go zaledwie wpasowuje się w obecne trendy.
Brzmieniowo, The Secret Of Letting Go jest jednak albumem interesującym. Zwłaszcza jego pierwszą połowę wypełniają kompozycje dające wyraz charakterystycznym dla zespołu, eksperymentalnym tendencjom. Moonshine odważnie łączy gęsty, ciężki bas z rapem i operowymi niemal zawołaniami, „Bondowski” Armageddon Waits sięga po niebywale rzadkie w muzyce popularnej (i muzyce w ogóle!) metrum 7/4 i wprowadza swoim brzmieniem w nastrój zagrożenia i niepokoju, cóż, uzasadniany bez wątpienia wymownym tytułem. Bulletproof czerpie ostrożnie, acz wyraźnie z klubowych parkietów roztrzęsionym rytmem dubstepu, zniekształconym głosem i wyrazistą linią syntezatora. The Secret of Letting Go to bodaj najmocniejsza propozycja na płycie, oferująca niestabilną rytmikę, modelowy dla Rhodes „zagubiony”, surowy wokal, a wszystko to splecione agresywnymi, hipnotyzującymi ścianami elektronicznych dźwięków. To bardziej dekonstrukcja, niż utwór per se – ale czy nie tego oczekujemy po tak awangardowej grupie dwie dekady po fenomenalnym debiucie?
Brzmienie drugiej połowy albumu stoi w zaskakującej opozycji swoją… konwencjonalnością. Imperial Measures to piękna, subtelna ballada oparta na rozmytym brzmieniu pianina i smyczków, a The Other Shore, chociaż z bardziej ambientowym instrumentarium, różni się nieznacznie. Deep Delirium miło skręca w świat narkotycznego szaleństwa, uzyskanego dzięki elektroniczno-jazzowym improwizacjom, stale nadbudowującym napięcie, natomiast następująca później Illumina prezentuje się już niepokojąco nieświeżo. Chociaż łączące techno z ambientem brzmienie może się podobać, równie dobrze można by datować je na rok 2000, nic nowego ani odkrywczego w nim nie znajdziemy.
The Silence in Between to kolejna, niewątpliwie urokliwa, ballada, chcąca przypominać takie dzieła jak Górecki czy Gabriel, ale w ich świetle (czy słuszniej byłoby rzec – cieniu) wypada mizernie i tendencyjnie – krążek nie straciłby wiele, gdyby utwór z niego usunięto. Dobrą przeciwwagą okazuje się kończący album utwór One Hand Clapping, bo chociaż również jest łagodną, spojoną smyczkami balladą, pozwala sobie na manipulowanie i zniekształcanie głosu Rhodes, jak i włączenie, zaszumionych, żywcem wyjętych ze starych konsol dźwięków syntezatorów.
The Secret of Letting Go nie jest w żadnym wypadku albumem złym. Jest ładnie nagrany, niewątpliwie kompletny oraz zawiera momenty kompozytorskiej śmiałości i awangardy. Problem polega na tym, że te chwile nie potrafią unieść pozostałych, które wypełniają większość albumu. Lamb po prostu stać na dużo więcej odwagi i niepokorności, zarówno na gruncie brzmienia, jak i tekstów, bo chociaż Lou Rhodes nieustannie w jednym słowie potrafi zawrzeć całe zdania, to zaskakująco często popada w popkulturowe klisze. To album solidny, bodajże najbardziej przystępny z całego dorobku grupy, ale wydaje mi się, że zamiast celować w szerszego odbiorcę, Lamb powinni się skoncentrować na tym, co wyniosło ich na piedestał i zyskało im wierne, nie tak wąskie przecież grono fanów – eksperymentach, dekonstrukcji, wbrew panującym normom, a nie obok nich.
- Data premiery:
- Single:
