Lady Gaga – Joanne (2016), recenzja Piotra Krajewskiego

Kim jest tytułowa Joanne? Czy to wszystkim dobrze znana electro-popowa Lady Gaga, a może artystka grająca coś zupełnie innego? Najnowsze dzieło Amerykanki może zaskoczyć niejednego słuchacza…

Minęło już osiem lat, kiedy to Lady Gaga wydała swój pierwszy album The Fame. Świat popkultury zachwycił się jej electro-popowymi kompozycjami, a artystka wydawała swego czasu hit za hitem. Widząc, że ta droga się zwyczajnie opłaca, Amerykanka nadal tworzyła muzykę popową, pełną chwytliwych refrenów oraz tanecznych melodii. Z roku na rok jej wizerunek stawał się coraz bardziej szokujący i nastawiony na kontrowersję. Pojawiły się niecodzienne kreacje czy nietypowe występy sceniczne. Jedni fani ją chwalili za to, inni odwracali się. Album ARTPOP z 2013 roku, który sama wokalistka uważała za przełomowy, okazał się nie być tak udanym dziełem, jak przewidywano. Krążek podzielił krytyków, nie było też wielkiego sukcesu komercyjnego.

Rok później swoją premierę ma album Cheek to Cheek, stworzony wspólnie z legendą jazzu – Tony Bennettem. Dzieło było jedną wielką rewolucją brzmieniową w przypadku Lady Gagi. Tego, że artystka pójdzie w jazzowe klimaty mało kto się spodziewał. Niespodzianka okazała się pozytywna – Amerykanka sprawdziła się świetnie w duecie z Bennettem. Nic dziwnego, że album zgarnął nagrodę Grammy.

Mimo że moje zainteresowanie Gagą słabo z roku na roku, głównie z powodu dziwnych decyzji wizerunkowych i kolejnych nieciekawych muzycznych rozwiązań, ten jazzowy album dał mi nadzieję, że w tej dziewczynie nadal siedzi coś interesującego i może wartego uwagi.

Joanne to zupełnie inna Lady Gaga. Na tym albumie nie usłyszycie już electro-popowych czy tanecznych utworów. Artystka odeszła od melodii, które przyniosły jej sławę i postawiła na coś zupełnie nowego w swojej twórczości – Joanne to wciąż album popowy, ale przesiąknięty rock’n’rollem. Na brzmienie krążka składa się dość niespodziewana mieszanka folku, country, americany i tzw. roots rocka, który swoimi korzeniami sięga końca lat sześćdziesiątych.




Przyznam, że taka wersja Amerykanki mnie zaskoczyła. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Joanne to dzieło, które wokalistka stworzyła przede wszystkim z myślą o sobie i dla siebie. Nie ma tu żadnego pierwiastka prowokacji, z którego w pewnym momencie Lady Gaga głównie słynęła. Mniej więc tu brawury, więcej spokoju, powściągliwości i nagich dźwięków. Może to jest właśnie najprawdziwsza twarz Germanotty – bez wielkich popowych hymnów, krzykliwych strojów czy mocnego makijażu. Porzucenie taniej sensacji, a z taką w pewnym momencie zaczęła mi się kojarzyć ta artystka, oceniam pozytywnie. Zdaję sobie też sprawę, że dzieło to podzieli bardzo fanów artystki. Sądząc po różnych wpisach w mediach społecznościowych, większość z nich oczekiwała Gagi z czasów Bad Romance, Paparazzi czy Poker Face. Takiej elektroniki tu nie znajdziecie.

Album nie odkrywa żadnych nowych muzycznych obszarów, ale jest bez wątpienia punktem zwrotnym w karierze Amerykanki. Lady Gaga stworzyła krążek pełen dźwiękowych inspiracji rodem z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych. Skierowała się ku brzmieniom retro, co jest nowością, jeżeli chodzi o jej karierę solową. Melodie przypominają niekiedy dokonania Joni Mitchell czy Bruce’a Springsteena. Otwierający utwór nie zwiastuje jeszcze w pełni rewolucji, którą usłyszymy w dalszej części krążka. Diamond Heart bawi się ze słuchaczem. Z jednej strony pojawia się tu już nowa Gaga (mocniejszy, bardziej rockowy refren),  z drugiej dostajemy coś podobnego do jej poprzednich dokonań. Ciekawa propozycja, ale nie wybitna.

Prawdziwą zmianę słychać w kolejnym utworze – A-YO.  To zupełnie nowy kierunek w jej twórczości. Kto by pomyślał kiedyś, że Gaga wyda piosenkę w klimacie klasycznego rocka z elementami country. Clapy i trąbka robią swoje. Jest w tym utworze coś niesfornego, bardzo chwytliwego. Prawdziwy oldschool.

Duży staromodny pierwiastek mają też w sobie Sinner’s Prayer, Come To Mama czy Hey Girl, kompozycja nagrana z moja ulubienicą – Florence Welch. To kolejna niespodzianka od „nagiej” Gagi, bez elektroniki i miliona różnych masek. Kilka lat temu nie przyszłoby mi do głowy, że Amerykanka nagra utwór właśnie z Florence. Wyszło przyjemnie, elegancko, bardzo klasycznie. Szczęka opadła? Nadal nie.




Pozytywnym zaskoczeniem jest bez wątpienia Dancin’ In Circles, gdzie artystka eksploruje jamajskie brzmienia i przypomina czasami dokonania No Doubt. Utwór, mimo że lirycznie kontrowersyjny, bo opisuje nic innego jak kobiecą masturbację, podoba mi się od strony produkcyjnej – Gaga bawi się zgrabnie (z pomocą Becka & Marka Ronsona) elementami reggae i tworzy jedną ze swoich najciekawszych piosenek w ostatnich latach. Nie da się też przejść obojętnie przy bonusowym Just Another Day. Fantastyczny utwór wyjęty wprost z Nowego Jorku lat sześćdziesiątych. Kupuję taki klimat w całości!

Jak się okazuje, singlowe Perfect Illusion to najsłabsza kompozycja na całym albumie. Dlaczego? Powodów jest kilka. Utwór zupełnie nie łączy się i nie pasuje do całej reszty, jest zbyt rozlazły, bardzo męczący. Przykre, bo oczekiwałem od Kevina Parkera z Tame Impala, współtworzącego piosenkę, zdecydowanie dużo więcej. Wielkim problemem tego singla jest jego nierówność. Mamy do czynienia z naprawdę niezłymi zwrotkami, ale refren to już zupełnie nieudana sprawa. Miało być wyraziście i buntowniczo, a wyszło po prostu słabo i wtórnie.

Największą siłą Joanne okazały się ballady. Nieprzekombinowane, subtelne i nienarzucające się. Kawałek tytułowy, Million Reasons czy Angel Down urzekły mnie swoim minimalizmem oraz oszczędnością. Mniej nie znaczy gorzej. To właśnie te kompozycje sprawiają, że najnowszego dzieła Amerykanki słucha się naprawdę przyjemnie. Jest przytulnie, spokojnie, ciepło. Country Gaga daje radę! Takich utworów nie powstydziłyby się najprawdopodobniej Carrie Underwood, Miranda Lambert czy dawna Taylor Swift.

Tekstowo Joanne – ani nie zachwyca, ani nie odrzuca. Zdarzają się lepsze momenty. Na albumie znalazło się sporo miejsca na eksponowanie żeńskiej solidarności („And we dance down The Bowery, held hands like we were 17 again”), mierzenie się z przeszłością („Some asshole broke me in, wrecked all my innocence”) czy miłosne rozterki („Head stuck in a cycle, I look off and I stare, it’s like that I’ve stopped breathing, but completely aware”).

Nowy album Lady Gagi to dzieło dobre, ale nie wyjątkowe. Okazało się jednak być wydawnictwem ryzykownym i jednocześnie spójnym dźwiękowo oraz tematycznie. Tym razem nie mogę zarzucić jej braku odwagi. Wydała album brzmieniowo niedopasowany do większości swoich fanów. Joanne nie jest nastawiony na sukces komercyjny, bo bądźmy szczerzy – fenomenalnej sprzedaży na pewno nie osiągnie. Pewne jest jednak, że wraz z przełączeniem biegów na klasyczne rockowe motywy, Lady Gaga ma dość dużą szansę przyciągnąć do siebie starszych odbiorców i tych, których jej poprzednie wybory artystyczne, zwyczajnie nie przekonywały.

  • 7.8/10
    PRODUKCJA - 7.8/10
  • 7/10
    MUZYKA - 7/10
  • 7.2/10
    TEKSTY - 7.2/10
  • 7.7/10
    WOKAL - 7.7/10
  • 8/10
    PORÓWNANIE DO WCZEŚNIEJSZEJ TWÓRCZOŚCI - 8/10
7.5/10
Sending
User Review
4.2 (40 votes)

oceny

autor recenzji

Piotr Krajewski
Piotr Krajewski
Dziennikarz muzyczny z Warszawy. All About Music & Radio ZET. Kontakt: [email protected] / [email protected]

Sprawdź nasze inne

Recenzje

Kim jest tytułowa Joanne? Czy to wszystkim dobrze znana electro-popowa Lady Gaga, a może artystka grająca coś zupełnie innego? Najnowsze dzieło Amerykanki może zaskoczyć niejednego słuchacza... Minęło już osiem lat, kiedy to Lady Gaga wydała swój pierwszy album The Fame. Świat popkultury zachwycił się jej...Lady Gaga - Joanne (2016), recenzja Piotra Krajewskiego