Lady Gaga – ARTPOP (2013), recenzja Łukasza Mantiuka

Album milenium… Lepszy krążek niż Thriller Micheala Jacksona. Cały ten hype, który towarzyszy najnowszemu wydawnictwo Lady Gagi przyprawiał mnie o ból głowy. Miałem już go dość, chciałem, aby w końcu go wydała, ludzie się zawiodą i wszystko ucichnie. Stało się inaczej… wydała, a ja nie mogę przestać go słuchać.

Nigdy nie byłem jakimś wielki fanem Lady Gagi, a już na pewno nie tzw. Little Monsterem.  W moim rankingu kochanych i niekochanych artystów Lady Gaga należy do tych, których nie lubię. Po prostu – moim zdaniem ma zbyt wielkie ego, tworzy wokół siebie za dużo szumu. Na samym początku było to fajne, nowe, ciekawe. Teraz już się przejadło. Denerwuje jej niemniemanie o swojej zajebistści, o tworzeniu czegoś ponadczasowego, o tych wszystkich lamentach, że na przykład musiała odwołać trasę koncertową. ALE. Zanim zaczniecie mnie obrzucać błotem – Gaga należy do artystów z rubryki „Nie lubię Cię, ale lubię Twoją muzykę”. I tak dla przykładu obok Gagi na tej samej półce jest chociażby Rihanna. I ARTPOP potwierdza – gadała o nim dużo za dużo, ale po części miała rację, bo nagrała świetny krążek.

Lady Gaga powinna uważać, to nic, że żartowała z tym albumem milenium czy lepszością od dzieła Jacksona – ludzie i tak usłyszą swoje, wytną to z kontekstu i przerobią jak chcą. Czasami Gaga po prostu chlapnie co jej ślina na język przyniesie i masz babo placek.

lady gaga artpop

Dance.

Całe wydawnictwo zwiastuje Applause. Kawałek, który ma świetny bridge i nic poza tym. Jest bardzo radiowy, wchodzący w głowę, a potem ciężko go się pozbyć. I teraz najważniejsze – zdaniem „radiowy, wchodzący w głowę, ciężko się go pozbyć” – mogę opisać prawie wszystkie piętnaście utworów, które znajdziemy na najnowszym dziełku pani Germanotty. Jest zbiór kompozycji z szeroko pojętego gatunku muzyka elektroniczna. Artystka wraz z tabunem przeróżnych producentów starała się bardzo – mamy tutaj naprawdę przeróżne elementy z bogatej stylistycznie elektroniki. To jest porządny plus, który zdobył moje serce. Mocno zaznaczony i rozwinięty bas w takich utworach jak Swine czy Donatella to coś, co naprawdę mi się podoba. Wszystkie nazywane przeze mnie „młynki”, czyli fragmenty instrumentalne charakterystyczne dla przeróżnych odcieni techno, trance czy house – tego Gaga użyła bardzo dużo i to zdobyło moje serce. Wspomniane tu Swine, Donatella oraz dołączam do nich jeszcze Manicure – to chyba moje TOP 3 tego krążka, szczególnie urzekła mnie Donatella. Tak bardzo durna i niewyróżniająco się tekstowo, tak bardzo ciekawa i rozbudowana instrumentalnie, elektronicznie i stylistycznie. Do olbrzymich plusów trzeba też zaliczyć kawałek Aura, który już po swoim wycieku dał mi malutkie światełko w tunelu, że może jednak ten cały Artpop to nie będzie coś tak strasznego (…jak Applause). To w nim znajdziemy jeden z moich ulubionych fragmentów na płycie, czyli bride/breakdown, gdzie Gaga śpiewa:

Do you wanna see me naked, lover?

Do you wanna peek underneath the cover?

Do you wanna see the girl who lives behind the aura, behind the aura?

Ten fragment, a także fragment piosenki G.U.Y.:

I’m gonna wear the tie, want the power to leave you

I’m aiming for full control of this love (of this love)

To moje zdecydowanie dwa najbardziej lubiane fragmenty na płycie. I o ile Aura podoba mi się w całości, to o tyle G.U.Y. jest dobrym utworem, jednak refren po tak dobrym bridge’u jest najzwyczajniej w świecie słaby. To również jeden z minusów wszystkich utworów na płycie – nie są równe. I nie chodzi mi tu o fakt, że jedną kompozycję lubię bardziej, a drugą mniej. To normalne. Chodzi mi o to, co właśnie najbardziej widoczne jest w kawałku G.U.Y., a także w Applause – lubię jeden fragment, ale drugiego już nie mogę znieść. W czterech czy pięciu minutach piosenki Gaga potrafi zmieścić całą paletę dźwięków – i to momentami się gryzie, jak bridge z G.U.Y. ze swoim refrenem. A momentami jak przy Donatelli czy Swine urzeka. Taka trochę muzyczna schizofrenia. Cały krążek wyróżnia również przede wszystkim znakomita produkcja na najwyższym poziomie. Brawa dla panów Zedd i DJ White Shadow, którzy głównie odpowiadają za to, jak brzmi najnowszy album Lady Gagi.

Sex. Art.

Idźmy dalej. Obok tak zwariowanych i dynamicznych kawałków mamy również kilka niespodzianek. Pierwsza to tytułowy Artpop. Zwrócił moją uwagę podczas iTunes Festivalu. Jest inny, seksowny, spokojnie „sunący”. I ma wcale nie tak głupi tekst – niezbyt wydumany, to nie Adele – ale i nie jakoś strasznie durny. Bardzo w stylu Gagi. Całą piosenkę uważam do bardzo udanych i wydaje mi się, że po jeszcze ze dwóch dynamicznych singlach, mogłaby uwieść serce słuchaczy. Kolejna niespodzianka – Dope. To jest majstersztyk sam w sobie. Mimo, że każdy występ na żywo z tym utworem jest przehisteryzowany i przerysowany to jednak sama piosenka broni się. Ma mądry tekst (nie wierzę, że piszę to przy Gadze!), znakomity wokal. Gaga nie mogła się oprzeć, by nie dodać tam ciut elektroniki – dużo bardziej bym widział ten utwór tylko z wokalem Stefani i pianinem. Ale i tak jest bardzo, bardzo dobrze.

Pop.

Lady Gagę chwalę za wiele aspektów. Zróżnicowanie – niby wszystko mieści się w muzyce elektronicznej, jednak artystka rozumie jak szeroki muzycznie i stylistycznie jest to gatunek i nie boi się tego użyć. Nie boi się eksperymentować. Artpop jest jakby trzecią ewolucją Gagi. Kto z nas nie oglądał pokemonów? The Fame było pierwszym stadium, Born This Way drugim, Artpop to najwyższa, trzecia forma. I tu mały psztryczek – czwartej już nie chcę, pani Gago, prosimy nas zaszokować, nagrać… Rock? Alternatywę? Nie wiem, wolę być zaskoczony (nie wliczam tu albumu jazzowego z Tony’m Bennettem).

Żeby nie było tak różowo (jak na okładce), swoją recenzję zakończę minusami. Nie jest ich zbyt dużo, ale są. Po pierwsze: spuśćmy z tonu. Nie ma sensu opowiadać niestworzonych rzeczy na temat swojej muzyki. Jak muzyka jest dobra, to obroni się sama, nie trzeba wygadywać nie wiadomo czego ani pokazywać cycków. Artpop się broni, może jest bardziej ART niż POP, ale jest. Po drugie: nie wciskajmy tutaj na siłę tak niedobrych utworów jak Jewels n’ Drugs. Nie potrzebne to jest, nie trzeba na siłę nagrywać utworów z topowymi raperami. Jewels n’ Drugs to obok Fashion! (i po co ten Guetta i will.i.am?), Gypsy i Mary Jane Holland jedyne cztery utwory, których nie lubię i nie potrafię znieść. Już nawet ten Applause jestem w stanie zaakceptować, ale nie to. I ostatnie – nie wciskajmy na siłę tego, że jest to artyzm w czystej postaci i najlepszego, co mogło powstać.

Artpop Lady Gagi to album lepszy od Born This Way, choć ciut słabszy od The Fame + The Fame Monster. To znakomity, rozrywkowy album niczym letni blockbuster w kinie. To również wielkie zaskoczenie dla mnie, bo spodziewałem się naprawdę porządnego koszmarka. Ale nic bardziej mylnego, Lady Gaga poszła po swojemu, poeksperymentowała, powydziwiała i oto jest. Bardzo dobry album, może nie najlepszy tego roku, jednak jeden z lepszych. Mnie się bardzo podoba i koniec kropka. Katy Perry, ucz się.

Lady-Gaga-ARTPOP

oceny

autor recenzji

Łukasz Mantiuk
Łukasz Mantiukhttps://allaboutmusic.pl
Wydawca i redaktor naczelny All About Music, na stałe (i z miłości) osiedlony w najpiękniejszym mieście Polski, Gdańsku. Miłośnik mainstremu oraz wszystkiego, co niemainstremowe. Wszyscy myślą, że kocham Beyoncé, a ja wolę Adele, słucham wszystkiego, co mi się spodoba, bez podziału na gatunki. Prócz tego podróże i seriale. Miłośnik Włoch i Paryża.

Sprawdź nasze inne

Recenzje