wiśniosza słucham od samych początków jego muzycznej kariery. Mimo to nigdy nie miałam okazji trafić na jego koncert. Postanowiłam to zmienić 15 lutego podczas „kameralnego” koncertu w klubie Gwarek w Krakowie. wiśniosz, razem ze swoim „zespołem Michałów” (gitarzysta oraz perkusista mają tak samo imię) zagrali dla klubowiczów praktycznie całą dyskografię.

Koncert rozpoczął się z lekkim opóźnieniem spowodowanym problemami technicznymi. Jak się okazało, pojawiały się one kilkakrotnie w trakcie występu, głównie w postaci przerywającego mikrofonu. Zarówno fani, jak i muzycy obrócili całą sytuację w żart. Choć nie każdy chciałby doświadczyć takich utrudnień, to postawa wiśniosza i jego zespołu sprawiła, że koncert zyskał na unikalności i autentyczności.
Ze sceny wiśniosz zadeklarował, że jeśli ktoś planuje zrobić coś kontrowersyjnego lub szalonego – zwłaszcza na scenie – to powinien śmiało to zrobić. Według niego to sprawia, że koncert zyskuje na wyjątkowości, a on sam lubi takie akcje. Mimo iż nic takiego się nie wydarzyło, to jego podejście bardzo mnie zaintrygowało i wiedziałam, że na tym koncercie nie będzie nudy.
Między utworami padło kilka ciekawych historii o procesie tworzenia niektórych piosenek, m.in. sadboysummer, przy okazji której wiśniosz podkreślił swoją nienawiść do słowa „letniaczek”. Swoje pięć minut dostał także wątek o miesięcznym mieszkaniu wokalisty w Łodzi – oznajmił fanom, że sam chciał tego doświadczyć i nikt go do tego nie zmuszał. To wprowadziło słuchaczy do najbardziej depresyjnego utworu w jego dyskografii – Moje serce krwawi morzem cudzych łez.
Świetnym przerywnikiem były covery Shake It Metro Station oraz The Middle Jimmy Eat World. Podczas tego drugiego całość zaśpiewał gitarzysta zespołu, a wiśniosz wcielił się w rolę gitarzysty. Miło mnie zaskoczyła także akcja na 695, gdy wszyscy usiedli wokół sceny tworząc koło i w campingowym klimacie wyśpiewali tekst piosenki przy dźwiękach gitary akustycznej.
Nie spodziewałam się, że w tak małym klubie jak Gwarek można zrobić pogo. I to aż trzy razy! Najpierw w trakcie 1 8 cwel, potem podczas czuję się jak w orange county (które było dosłownie zaraz po sobie!), a następnie przy ostatnim utworze – walczymy razem.
Jednak największym zaskoczeniem było to, co wydarzyło się pod koniec nihilista masochista publiczny onanista – wiśniosz postanowił na scenie otworzyć butelkę szampana i oblać nim publiczność. Nie przypuszczałam, że kiedyś wyjdę z koncertu oblana szampanem przez wokalistę. Z tego miejsca chciałam powiedzieć: wiśniosz, super, że to akurat Ty to zrobiłeś!
Setlista na każdym koncercie różni się kolejnością oraz brakiem jednej piosenki z dyskografii. Najczęściej wybór należy do wybranej osoby z widowni, a tym razem decyzję podjęła dziewczyna, która w dniu koncertu obchodziła urodziny. Musiała zdecydować między piosenkami ostatnie wakacje a kozak wciąga nosem prozac – ostatecznie wygrała druga propozycja, która okazała się faworytem zarówno publiczności, jak i samej solenizantki.
Nie wiem, czy jeszcze kiedyś wyjdę z koncertu oblana szampanem, ale nawet bez tego bawiłam się świetnie. Kameralność sprawiła, że czułam się jak na imprezie z przyjaciółmi – bez barier, bez sztuczności, tylko czysta radość z muzyki oraz przeklinanie, jaki to świat jest okropny. A to wszystko za sprawą „pokręconego dzieciaka”, który stworzył całą tę otoczkę i prowadzi polskie emo na dobre tory.

