Koncert Dillon w katowickim Rialto, relacja Kamila Gajdka

Mniej znaczy więcej. Wyświechtany frazes, który pojawia się w różnych konotacjach. Czy mowa o architekturze, czy filmie, czy teatrze, czy w tym przypadku o muzyce, słyszymy to często. W sumie nigdy do końca nie wiedziałem czy to prawda i co to właściwie znaczy. Pewna nostalgiczna i skromna wokalistka z Brazylii nauczyła mnie we wtorek 12 maja rozumieć to stwierdzenie.

Dillon. 26 letnia dziewczyna z Brazylii, która większość czasu spędza w Berlinie. Zaczynała od uderzania palcami w klawisze pianina i nucenia smutnych ballad, które ni z tego ni z owego zawojowały kanał youtube, a to zaowocowało wydaniem debiutanckiego albumu The Sillence Kills. Potem poszło z górki: koncerty, trasy, fani, instagramy, hashtagi drugi album i w końcu koncert w katowickim kinoteatrze Rialto! Nie ukrywam, fanem nie jestem, ale słuchaczem wiernym zdecydowanie tak i właściwie ciężko mi nawet zlokalizować gdzie ją pierwszy raz usłyszałem, najprawdopodobniej kilka lat temu w jednej z krakowskich knajp grane było Thirteen Thirtyfive, a ja rzuciłem się w stronę osoby sprzedającej alkohol by szybko mi powiedziała: – Kto ma taki głos?! Co to jest?! Pozwolę sobie odpowiedzieć czytelnikowi to co barman: – czekaj, sprawdzę… jakaś Dillon, przez dwa L pisane, a kawałek to…

Wtedy zrozumiałem, że na tym utworze się nie skończy i to zainteresowanie będzie rosło, aż będzie dane nam się spotkać na koncercie. I tak też się stało.

Po pierwsze jednak zaznaczam, że koncerty jak i muzyka Dillon nie jest tak łatwa jak ten nastrojowy utwór wpadający w ucho. Katarzyna Nosowska na koncertach mówi, że się stresuje i nie znosi mówić między utworami, a i tak to robi. Dillon milczy jak kamień, mówi od czasu do czasu cichym przerażonym głosem: thank you, ale to naprawdę wszystko na co jest się w stanie zdobyć jeżeli chodzi o nieśpiewany kontakt z publicznością. Mało tego. Oświetlenie na wszystkich koncertach to mocne światła puszczane zza jej pleców, co sprawia, że tylko przez ułamki sekund mamy okazję zobaczyć jej twarz (którą ogląda się z ogromną przyjemnością, bo to dziewczyna mocno atrakcyjna). Kolejna kwestia. Dillon to muzyka generalnie spod znaku Cocorosie i takich powiedzmy trochę „eksperymentalnych” brzmień. Liczyłem na koncercie tak naprawdę na delikatne, nostalgiczne smęcenie, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Tym czasem pierwszy utwór okazał się porządną dawką elektroniki (tego się można było spodziewać po ostatnio wydanej znakomitej płycie The Unknown), a sama Dillon wybiła mi wszystkie argumenty odnośnie stwierdzenia smęcenie już w pierwszym numerze. Ta artystka ma genialny wokal, którym operuje w niesamowity sposób! Potrafi dołożyć słuchaczowi mocnym brzmieniem by parę taktów później śpiewać głosem, który brzmi jak głos smutnej gimnazjalistki, a wszystko z tym pięknym piaskiem w barwie. Dodatkowo trzeba pochwalić ją za reżyserię samego spektaklu muzycznego, wszystko jest przemyślane od początku do końca, utwory ułożone w takiej kolejności, że gdy słuchacz już wpada w nostalgię wraz z ciemnością i pojedynczymi nutami lecącymi z klawisza, Dillon budzi wszystkich nowoczesnym przytupem, a widownia wpada w trans i kiwa się w rytm równo ułożonych uderzeń elektronicznej perkusji. Utwory zagrane przez Dillon i jej przyjaciela z Niemiec (tak, wspiera ją gość odpowiedzialny za to całe szeroko ujęte pojęcie elektroniki) to głównie materiał z nowej płyty plus kilka najbardziej znanych kawałków z pierwszego albumu, jak znakomity Tip Tapping. No właśnie. Tip Tapping w wersji koncertowej wygląda tak, że to publiczność śpiewa utwór, a Dillon stara się na tym co wykonują goście pod sceną, podkładać swoje zwrotki. W Katowicach nie do końca to wyszło, ale to głównie dlatego, że wszyscy byli speszeni i bardziej wyszeptali to śpiewanie niż dali wsparcie gwieździe wieczoru. Po pięknym, porywającym koncercie przyszedł czas na bis. I tu Dillon powaliła wszystkich na kolana. Siadła do pianina i zagrała utwór, którego mogłaby pozazdrościć Alicia Keys. Szeroka barwa emocji, cała skala głosu przy samym brzmieniu pianina. To było takie podsumowanie, które powiedziało nam, widzom: potrafię wszystko, ale nie chcę być gwiazdą. Dillon w milczeniu wyszła na środek, dostała mocne światło od frontu. Pewność siebie uciekła, pojawiło się coś w rodzaju przerażenia, że tyle par oczu patrzy na nią, spuściła głowę i uciekła w kulisy. Cała publika biła brawo jeszcze długo i w ciszy zaczęła opuszczać Rialto. Tylko szepty mówiły: niesamowita jest. Nikt jednak nie patrzył sobie w oczy, lecz w zamyśleniu w podłogę.

p.s.

Ciężko opisać to co Dillon pokazuje na scenie. Może G.G. Marquez by to oddał, bo to realizm magiczny. Mniej więcej wygląda to tak:

Czytaj również