Kings of Leon wystąpili w Krakowie. Relacja Aleksandry Żeleźnik

0
212

Na ten dzień czekali wszyscy polscy fani Kings of Leon – czwarty koncert zespołu w naszym pięknym kraju. Przed występem kłębiły się pytania nie tylko o nowy singiel, o płytę, ale także o formę grupy. I wreszcie wszystko stało się jasne, a ósmy września przeszedł do historii. Byłam, widziałam, dlatego też tekst będzie o tym jak w genialny sposób zaprezentować nowy materiał, rozhisteryzować fanów i wziąć Kraków żywcem.

Wszystko rozpoczęło się punktualnie o 18, kiedy to otworzono bramy Tauron Areny w Krakowie. Co prawda jak to bywa w takich przypadkach ludzi nie było za wiele, ale od razu dało się poznać pasjonatów, którzy wyczekiwali na tę chwilę już dłuższy czas. Zarówno płyty jak i trybuny powoli się zapełniały, a oczekiwanie na gwiazdy wieczoru dało się wyczuć w powietrzu.

Support

O godzinie 19:15 na krakowskiej scenie pojawił się zespół OCN, który miał rozgrzać publiczność przed występem Królów. Panowie dali z siebie wszystko. I nie jest to stwierdzenie na wyrost. Dwoili się i troili prezentując zebranym porządną dawkę mocnego grania. Charyzmatyczny wokalista co rusz rozmawiał z publiką starając się o choćby najmniejszą interakcję. Jego odpowiedzi w stylu „I ja to szanuję”, „Pomożecie?!” wywoływały zadowolenie na twarzach zebranych, dlatego też nie ma się co dziwić, że Kraków przyjął ich wyjątkowo ciepło. Muzycy, jak sami wspominali, rozpoczynają świętowanie swojego 15-lecia na scenie, a możliwość grania przez KOL na pewno pomogła wejść im w szampański nastrój. Mocne, ostre brzmienie, które zaprezentowali idealnie wpasowało się w klimat wydarzenia. Aż strach się przyznać, ale 45 minut ich występu minęło mi bardzo szybko. Ale to dobrze! Bo jest niedosyt, a skoro i tak, to trzeba czym prędzej sprawdzić ich twórczość. Szkoda tylko, że stosunkowo mało osób było na ich występie. Wiem, koncerty rządzą się własnymi prawami, a trybuny i płyta zapełniły się na kilkanaście minut przed godziną zero…, ale naprawdę Panowie z OCN zasłużyli na to by przyjść na ich występ, posłuchać i docenić. Sami zainteresowani nie kryli zadowolenia, o czym świadczy chociażby wykonanie jako ostatniej piosenki zatytułowanej Dom. Pięknym gestem z ich strony było zaśpiewanie jednego utworu w języku angielskim dla obcojęzycznej części publiczności.

Niespodzianka!

Ale najlepsze miało dopiero nadejść… Z precyzją szwajcarskiego zegarka tj. punktualnie o 20:30, Kings of Leon weszli na scenę. Piski, wrzaski – nie do opisania. Od samego początku nie było wiadome czego możemy się spodziewać. Niby koncert odbywał się w przeddzień wydania pierwszego singla zwiastującego nowy album, ale czy wykonają go na żywo? Zagrają jakieś nowe piosenki? Wszystko było owiane tajemnicą, aż do tego momentu, kiedy popłynęły z głośników pierwsze dźwięki. Już wtedy każdy wiedział, że ten występ to nie tylko zwyczajny koncert – krakowska publiczność doznała zaszczytu usłyszenia nowego materiału.

Pierwszym zagranym utworem okazała się kompozycja zatytułowana Over. I pomimo iż było to premierowe wykonanie live, chwytliwy refren bardzo łatwo zapadł w pamięć i już po chwili publiczność śpiewała wraz z zespołem. Kolejną przeogromną niespodzianką okazała się piosenka Waste A Moment, która zapowiada nowy album. Mniej więcej gdzieś w połowie koncertu na przygotowanych wcześniej telebimach zaczęły pojawiać się wizualizacje odpowiadające tym, które promują nowy krążek. Najwierniejsi fani dokładnie wiedzieli czego są świadkami. Nieskończony aplauz, cudowne przyjęcie i emocje towarzyszące tej chwili zostaną w mojej pamięci na długo. Może to śmiesznie zabrzmi, ale publiczność była częścią tworzącej się historii, bo to właśnie w Krakowie te dwie piosenki doczekały się premiery.

W tym akapicie warto jeszcze wspomnieć o tym, co powiedział sam Caleb. Wspomniał, że ich management sugerował, aby zagrać te piosenki w Berlinie na festiwalu Lollapalooza’e, gdzie zespół wystąpi 10 września. Muzycy jednak z wielkiej sympatii do Polski i tutejszej publiczności sprzeciwili się im i stwierdzili, że nie ma lepszego miejsca na „przetestowanie” nowego materiału jak Kraków. I tak oto, czwartkowy koncert stał się jeszcze bardziej wyjątkowy.

Wielkie hity

Nie byłoby udanego koncertu Kings of Leon bez takich hitów jak Use Somebody, Supersoaker czy Pyro… uspokajam – wszystkie z wymienionych Panowie zagrali i dali czadu. Ewidentną magię dało się poczuć w trakcie trwania utworu Knocked Up, kiedy to całą Arenę obiegły te cudowne początkowe dźwięki wypływające z gitary. Nie zabrakło również piosenek, które oddani fani uwielbiają – Milk, Arizona, Fans, The Immortals, Notion – nie zawiedli i z całych sił śpiewali razem z zespołem. Cudownie, że mogłam być tego świadkiem. Caleb jako jedyny wchodził w rozmowę z publicznością, zabawiał ją, pięknie również zachęcał do czynnego udziału w koncercie. Fantastycznym tego przykładem było to, gdy zwyczajnie skromnie pokazał gest zachęcający do machania rękami – dawno nie widziałam żeby publika tak żywo, długo i energicznie reagowała na tego typu zachęty.

Na żywo swój urok miała kompozycja Closer – hipnotyzująca, wciągająca i fenomenalnie zagrana przez Matta partia gitarowa.

Oczywiście nie zabrakło bisu. KOL wykonał swoje dwa największe hity –  Radioactive oraz Sex on Fire. Publiczność oszalała i podejrzewam, że nie było na hali ani jednej osoby, która źle by się bawiła w tamtym momencie.

Koncert zakończył się po godzinie 22.

Co to było za show…

Trzeba przyznać, że od początku grupa mierzyła wysoko. Wokal Caleba był bardzo zbliżony do wersji studyjnych, czasem brzmiący nawet perfekcyjnie. Zabłysnęli również Matt, którego solówki to czyste złoto oraz Jared, który wiódł prym po prawej stronie sceny. Niewidoczny natomiast był Nathan, który zasłonięty swoją perkusją nie dał o sobie zbyt wiele powiedzieć, nie wyróżniał się zupełnie.

To, co urzekło to zdecydowanie piękne wizualizacje puszczane na dwóch mniejszych telebimach oraz na scenie głównej. Przepięknie zgrały się z piosenkami oddając ich indywidualny charakter, zajmowały również publiczność. Razem tworzyły bardzo dobrze dobraną całość.

Od strony technicznej też wszystko było w jak najlepszym porządku. Nic nikogo nie zagłuszało, akustyka pierwsza klasa – bez problemów można było skupić się na samym show.

Niektórzy po wyjściu z areny twierdzili, że set lista była chwilami monotonna. Niestety muszę się z tym zgodzić i dodać, że i tak nie było tak źle jak niektórzy mówili. Warto nadmienić, że przez cały koncert KOL zagrał 21 piosenek (w tym dwie premierowe), dlatego nie ma się co dziwić, że zabrakło czasu na takie kompozycje jak Temple czy Beautiful War albo … (każdy może tu dodać tytuł piosenki, której brak sprawił mu przykrość). Coś za coś. I ja to szanuję!

Koncerty są po to żeby się bawić, a Kings of Leon zagwarantował fanom rozrywkę na najwyższym poziomie. Co więcej, pokazali, że są w formie i są gotowi na nową erę związaną z nadchodzącym albumem. Bez wątpienia koncert przeszedł do historii dzięki niespodziankom, jakie Panowie zaserwowali polskiej publiczności. Mnie osobiście nie zawiedli i cieszę się, że mogłam wziąć udział w tej cudownej imprezie, będąc jednocześnie świadkiem szczęścia, które widziałam w oczach zebranych w Tauron Arenie fanów.

Całą setlistę możecie zobaczyć tutaj.