King Princess – Make My Bed (2018), recenzja Pawła Markiewicza

King Princess tak naprawdę pojawiła się znikąd i jest dobrym przykładem na to, jak z dobrą muzyką i przy odrobinie szczęścia można znaleźć odpowiednie grono odbiorców, zdobyć sławę, ale przede wszystkim urosnąć do tytułu księżniczki społeczeństwa LGBTQ+. Pomimo, że dopiero debiutuje i ma 19 lat, jej pseudonim artystyczny kojarzy się przede wszystkim z wysokim poziomem muzycznym.

Znalezione obrazy dla zapytania King Princess - Make My Bed

Zawsze jestem pełen podziwu, kiedy debiutujący artyści (a zwłaszcza nastolatkowie) już podczas stawiania pierwszych kroków na scenie muzycznych, stawiają je tak twardo i pewnie. King Princess wie po co przyszła i idzie po to, co jej się należy. Za sprawą singla 1950 zaskarbiła sobie serca milionów słuchaczy na całym świecie. Już wtedy pokazała, że jako zwyczajna dziewczyna z Ameryki nie boi poruszać ważnej tematyki i w tak odważny sposób opowiada o swoich uczuciach.

Wsłuchując się w teksty można wyraźnie zauważyć, że dziewczyna przeczytała kilka tomików poezji w swoim życiu. Jej pióro, może i nie jest najlżejsze i najprostsze w odbiorze, ale za to, jeżeli „wsiąkniemy” to teksty nas uderzą najpierw z prawej, później z lewej, a na końcu znokautują. Momentami mam wrażenie, że liryka zebrana na mini-album King Princess może aspirować do miana najlepszej muzyki z przesłaniem.

But four drinks I’m wasted
I can see you dancing, I can lay down next to you
At the foot of my bed
If I drink enough
I can taste your lipstick, I can lay down next to you
But it’s all in my head
If I drink enough I swear that I will wake up next to you – „Talia”

I co zabawne, King Princess nie poszła po linii najmniejszego oporu i po sukcesie 1950 nie poszła w utarte brzmienie tylko po to, żeby stworzyć kolejny, alternatywny hit. Dziewczyna nieco pokombinowała na etapie komponowania i produkcji, co przełożyło się na pozytywną jakoś materiału.

Mikaela Straus stworzyła ambitny, inteligentny pop, który nie musi bronić się chwytliwymi melodiami, rymami i kilkoma słowami, które zapętlone tworzą refren. Ta chillowa muzyka broni się sama w sobie. Zaczynając od bardziej nostalgicznego Holy, a kończąc na nieco bardziej przebojowym Upper West Side, gdzie gitara wybijająca rytm w równym tempie (podobnie jak w 1950) tworzy cały klimat.

Na dobrą sprawę King Princess można dać duży kredyt zaufania. Po tym co zaprezentowała na mini-albumie jestem pewien, że to artystka ukierunkowana, świadoma i niezwykle dojrzała. Jeszcze nie raz nas zaskoczy swoim materiałem muzycznym i kto wie, może kiedyś dorówna popularnością Lanie Del Rey czy Lorde. Ale nie można dzielić skóry na niedźwiedziu. Z niecierpliwością czekam na cały album i pełne spektrum jej możliwości i zamysłu artystycznego. Takiej osoby brakowało nam na rynku muzycznym.

Czytaj również