Kiesza – Sound of a Woman (2014), recenzja Michała Pietruszki

Kiesa Rae Ellestad, znana w środowisku muzycznym jako po prostu Kiesza pojawiła się na naszych empetrójkach dosłownie znikąd: w oka mgnieniu jej debiutancki singiel Hideaway sprzedając się w nakładzie 136 tysięcy kopii stał się wtedy trzecim najszybciej sprzedającym się utworem w Wielkiej Brytanii, ustępując tylko takim wyjadaczom jak duetowi Pitbull-Kesha i Clean Bandit. Teraz autorka tego zamieszania prezentuje pierwszy longplay, w którym nie zamierza bynajmniej iść utartymi ścieżkami wyznaczonymi przez np. porównywaną do niej La Roux – wręcz przeciwnie, nie boi się ona eksperymentować z dźwiękiem, głosem i obrazem.

Biografia Kieszy bez wątpienia jest tak różnorodna i ciekawa jak jej nowe wydawnictwo. Mając 16 lat artystka brała udział w programie SALTS, a rok później wstąpiła do Kanadyjskiej Marynarki Wojennej razem ze swoim bratem. Nie pozostała tam zbyt długo, chociaż jak sama wspomina miała szansę zdobyć licencję snajpera, a nawet łamacza kodów dla królewskiej armii. Porzuciła jednak te plany i kilka miesięcy później wzięła udział w …konkursie piękności Miss Universe, który wtedy odbywał się na Filipinach. W międzyczasie artystka uczyła się grać na instrumentach, tańczyła w balecie, a gdy napisała jedną ze swoich piosenek z ekscytacji postanowiła zaśpiewać ją swoim sąsiadom. Był tam przypadkowo wtedy człowiek z branży muzycznej, który zachęcił ją do spróbowania swoich sił na większą skalę. To się nazywa zrządzenie losu! Niezależnie nagrała ona swój pierwszy ,,krążek’’ i specjalnie wysłała go w ilości 4,5 tysiąca (!) do żołnierzy z Afganistanu. Nie, to nie żart…

Jeśli nie kojarzycie wspomnianego już Hideaway to znaczy, że albo nie słuchaliście w wakacje żadnych stacji radiowych (nie tylko tych polskich) albo po prostu tych wakacji nie mieliście. Klip do piosenki, który ma już prawie 135 milionów odsłon na YouTube to zresztą podobnie jak piosenka istny majstersztyk. Jak artystka wyznała dla The Rolling Stones, choreografii do teledysku musiała nauczyć się w trzy dni. W czasie nagrań złamała żebro i przez następny miesiąc kompletnie nie mogła się ruszać. Cierpienia jednak opłacały się, ponieważ nagrany w jednym ujęciu obrazek robi fenomenalne wrażenie. Hideaway jest na tyle dobrym numerem, że bez problemów zapewni rozgłos płycie bez potrzeby wydawania innych promocyjnych numerów. Radia nie powstydzą się jej grać, pomysłowy chwyt i modny ostatnio motyw wracania do elektronicznej muzyki lat 90-tych na stałe zostanie w naszych głowach. Kiesza umiejętnie posługuje się tu swoim nieskazitelnym, charakterystycznym wokalem, czyniąc z Hideaway moim zdaniem najlepszą pozycję na Sound of the Woman. Sztab pracujący nad karierą kanadyjski dostrzegł potencjał leżący w house’owych beatach oraz streetowym rytmie i postanowił na drugiego singla wydać łudząco podobny (to nie zarzut) utwór Giant In My Heart. Wpisuje się on idealnie w zapomniany nieco nurt IDM, ujawniający się w precyzji doboru każdego dźwięku, stopniowaniu ‘przebojowości’ i tak jak w poprzedniku pomysłowym refrenie.

Fani oczekujący tego albumu (w tym ja) nie nudzili się odliczając dni do jego debiutu: co kilka dni albowiem wokalistka umieszczała w sieci kolejne numery z wydawnictwa. Zafundowała tym jednocześnie istny rollercoaster! Najpierw poznaliśmy So Deep i od razu zaskoczenie. Ci, którzy na wspomnienie o Kieszy od razu kojarzyli ją z tanecznych, a wręcz house’owych klimatów, przez które bądź co bądź stała się sławna, z pewnością poczuli się mówiąc kolokwialnie wpuszczeni w maliny. So Deep bowiem to rnb w najczystszej postaci, łączący w dalszych częściach egzotyczny podkład z nieco soulowym, nadal nieskazitelnym głosem artystki. Nie bez znaczenia kawałek trwa grubo ponad cztery minut, ponieważ pod koniec rozwija skrzydła w kierunku bardziej energetycznym. Kolejną ujawnioną piosenką było No Enemiesz, mój prywatny wicelider z płyty. To w pełni klubowy track, najbardziej porywający ze wszystkich propozycji, w którym docenić należy świetną produkcję i świetnie rozplanowaną tu przestrzeń. Opublikowana później Bad Thing, nagrana wspólnie z Joey Bada$$ znowu zabiera nas do świata rnb – ale nie do tego cukierkowego śpiewanego przez osiemnastolatki z odsłoniętymi pępkami, lecz bardziej ciemniejszego. Kiesza udowadnia, że jest artystką wszechstronną, ponieważ jej śpiew pasuje też do wolniejszych, nieco połamanych rytmów. Nasz rollercoaster po tym ponownie pnie się w górę (przyjemne, ale mało charakterystyczne The Love) i znowu w dół (wykorzystujące hip-hopowe breaki Losin’ My Mind).

I tym sposobem ponad tydzień przed oficjalna premierą poznaliśmy większą połowę albumu. Druga część jednak nie odstaje od całości i ‘trzyma poziom’. Odtwarzając po raz pierwszy Vietnam miałem wrażenie że gdzieś już to słyszałem, ale szczerze powiedziawszy nie będę szukał podobieństwa, ponieważ wystarczy ‘popłynąć’ i oddać się wokalowi Kieszy i jest znakomicie. Tytułowa power ballada, pięknie zaaranżowana i przejmująco zaśpiewana przez kanadyjkę to kolejny eksperyment na Sound of the Women. Wyrafinowana kompozycja ozdobiona jest tu umiejętnie wplecionymi dźwiękami smyczków. Najdziwniejszy wydaje się natomiast utwór pt. Over Myself: mimo przemyślanego wykorzystaniu syntezatorów i klawiszy (to akurat można powiedzieć o każdej kompozycji na albumie) coś tu ,,nie gra’’, a właściwy refren jest niemal kiczowaty, Kiesza przeniosła chyba oldschoolowy beat w skali 1:1, ponieważ tu także ma się wrażenie lekkiego ‘’plagiatu’’.

Osobny, chociaż dygresyjny akapit poświęcić należy balladom znajdującym się na opisywanym krążku. Mamy tu do czynienia z dwiema, a licząc akustyczną wersję Hideaway z trzema balladami. Jest to radiowy hit Haddaway’a z 1993 zatytułowanego What Is Love oraz autorskie Cut Me Loose. Wszystkie te piosenki zaaranżowane są przez same klawisze, nie doszukałem się tu ani krzty źródła innego dźwięku. Kiesza fenomenalnie maluje swoim głosem i ani przez chwile nie tęsknimy tu za szybszymi beatami.

Na koniec, pochwalić muszę Kieszę jeszcze za jeden aspekt: w przeciwieństwie do ,,produktów’’ wielkich wytwórni nie nastawiła się ona na zysk wydając wersje deluxe albumu. Podstawowa wersja zawierająca trzynaście kawałków wydaje się tu kompletna i nie potrzebne byłoby dodawanie na siłę sztucznych zapychaczy do rozszerzenia. Ujrzawszy tracklistę utworów jednak poczułem jednak lekki niedosyt braku efektu współpracy artystki z duetem Jack U. Take You There mógłby ostatecznie przypieczętować narodziny nowej gwiazdy muzyki elektronicznej.

kiesza sound of a woman 2014

Czytaj również