Kazik & Kwartet ProForma – Wiwisekcja (2015). Recenzja Kuby Koziołkiewicza

Parafrazując Gombrowicza (maturzyści powinni tego jegomościa kojarzyć), Kazik wielkim artystą jest. Mniej więcej od czterech lat w każde juwenalia (zacząłem na nie chodzić będąc jeszcze w liceum, takim byłem buntownikiem i imprezowiczem) oglądam koncerty Kultu. Bo maj to czas, kiedy wszyscy znani artyści objeżdżają całą Polskę w ramach imprez skierowanych dla chcących się ostro zabawić studentów. Kasa jest, występy są.

Koncerty Kazika i Kultu zawsze mają jakiś klimat. Z tego co pamiętam, byłem chyba na ich sześciu czy siedmiu występach. Za każdym razem stężenie alkoholu w moim organizmie nie wynosiło zera promili. Może to właśnie dlatego, słuchając zupełnie na trzeźwo najnowszej płyty Kazika zrealizowanej wraz z Kwartetem ProForma (który de facto składa się z pięciu członków), miałem mieszane uczucia.

Jako, że liczenie do pięćdziesięciu opanowałem do perfekcji, to bez trudu udało mi się wyliczyć, że Kazik solo oraz z licznymi projektami, wydał do tej pory 34 studyjne płyty. Te wszystkie krążki można by ogólnie podzielić na trzy grupy: wydawnictwa, które odmieniły oblicze polskiego rocka; krążki nie będące arcydziełami, ale wnoszące trochę świeżości na nasz rodzimy rynek oraz płyty nagrane trochę na siłę. Album Wiwisekcja umiejscowiłbym zdecydowanie w tej trzeciej grupie.

Ten dwupłytowy album jest właściwie wydawnictwem koncertowym. Płyta pierwsza to zapis części występu, który odbył się 13 września 2014 roku w warszawskim Teatrze WARSawy, a krążek drugi jest sześcioutworowym owocem sesji nagraniowej, zrealizowanej pod koniec stycznia tego roku w studiu S.P.

Oceniany album rozpoczyna Notoryczna narzeczona. Kompozycja jest utrzymana w bardzo spokojnym i melancholijnym klimacie. Powiedziałbym, że wręcz ponurym. Te trzy epitety to właściwie jedyne słowa, jakimi można opisać zarejestrowany materiał. Poza Sztosem, Deszczowymi psami i Oblężeniem, które dodały albumowi odrobinę pazura, wszystkie utwory mają posępny nastrój. Podejrzewam, że gdybym pożyczył tę płytę znajomemu cierpiącemu na depresję, przyczyniłaby się do popełnienia przez niego samobójstwa. Domyślam się, że krążek nie miał być rockowym odpowiednikiem radiowych hitów Davida Guetty, ale forma ta jest dla mnie zdecydowanie za smętną. Krążek pierwszy zamyka siedmiominutowa wersja „Samotnych ludzi”.

Krążek numer dwa otwiera utwór Kalifat. Pierwsze trzydzieści sekund kompozycji ma więcej energii, niż wszystkie poprzednie 19 kawałków razem wziętych. Prawo jazdy, z zabawnym tekstem, będącym prztyczkiem w nos wszystkim pracownikom Wojewódzkich Ośrodków Ruchu Drogowego, ma w sobie klimat nagrań Red Hot Chili Peppers z okresu lat 80. i początku lat 90. Zwłaszcza partie basu i bębnów przywodzą na myśl te Michaela Blazery’ego (Flea) i Chada Smitha. O ile warstwa liryczna i muzyczna przypadła mi do gustu, o tyle sposób śpiewania, a właściwie rapowania Kazika, nie za bardzo. Brzmi trochę jak Norbi. Naprawdę!

Na koniec chciałbym pochwalić muzyków Kwartetu ProForma. Do mojego gustu przypadły mi partie ich instrumentów, zwłaszcza basu i perkusji. Wojciech Strzelecki idealnie dobierał dźwięki (nie ograniczając się tylko do najniższych z każdego akordu), a perkusista Marek Wawrzyniak idealnie trzymała tempo. Bez zbędnego łojenia po tomach i kotle.

Jak już wspomniałem – Kazik wielkim artystą jest. Ale nie oznacza to, że muszę z automatu chwalić jego każdą premierową płytę.

Czytaj również