Za nieco ponad miesiąc mija 20 lat od wydania pierwszej autorskiej płyty jednej z najbardziej lubianych polskich wokalistek. Kayah, bo o niej mowa, udzieliła nam specjalnego wywiadu, w którym opowiedziała o wspomnieniach dotyczących tego krążka i kulisach jego powstania.
Kamień to płyta wyjątkowa na polskim rynku muzycznym. To dzięki niej Kayah zdobyła swoją pierwszą statuetkę Fryderyk w 1995 roku i zdobyła miano jednej z najbardziej utalentowanych wokalistek tamtego okresu. Dziś wokalistka powraca do tamtego czasu i przygotowała dla swoich fanów specjalną trasę koncertową z okazji XX-lecia wydania tego krążka. Usłyszymy zatem często śpiewane przez Kayah Fleciki jak i mniej znane utwory z płyty, których niektórzy z nas nie pamiętają.
Łukasz Jaćkiewicz: W listopadzie mija 20-lecie wydania Pani płyty „Kamień”. Zajmuje ona szczególne miejsce w Pani sercu…
Kayah: To moje autorskie początki, pierwsze solowe kroki, młodość, więc oczywiście mam ogromny sentyment. Choć nie wyróżniałabym jej artystycznie, bo z każdą następną płytą czułam, że się rozwijam i dojrzewam. Wierzę jednak, że jest to krążek bliski wielu moim rówieśnikom i nie tylko.
Łukasz Jaćkiewicz: To także Pani pierwszy autorski longplay. To właściwie ten krążek uważa Pani za swój debiut?
Kayah: Właśnie tak.
Łukasz Jaćkiewicz: Wcześniej jednak ukazał się inny album, który miał być z kolei projektem Renaty Czarnoty. Jaka historia wiążę się z tym krążkiem i czy to prawda, że wytwórnia obiecała Pani wówczas wydanie autorskiej płyty, która w końcu nie ukazała się nakładem ówczesnej wytwórni?
Kayah: Rzeczywiście tak było. Po wycofaniu się Renaty i wobec zaawansowanego toku prac nad płytą poproszono ostatecznie mnie o zaśpiewanie, obiecując jednocześnie nagranie wkrótce własnej. Nie doszło do tego, a po wielu nieprzyjemnych starciach z wytwórnią udało mi się zerwać kontrakt. I…zniknąć, bo moi kontrahenci dwoili się i troili, by uniemożliwić mi w kraju jakiekolwiek ruchy.
Łukasz Jaćkiewicz: Wyjechała Pani wówczas do Wiednia, gdzie pracowała jako modelka, a powróciła dopiero za namową Marka Kościkiewicza. Zaczęła być Pani jedną z najbardziej rozchwytywanych chórzystek w kraju, śpiewała Pani u boku Republiki, De Mono czy Stanisława Soyki. To ważny okres dla Pani początku kariery?
Kayah: Bardzo ważne lekcje. Pracując z uznanymi artystami mogłam obserwować rynek, kulisy, zdobywać doświadczenie. Poznawać swoje mocne i słabe strony. Testować własną determinację.
Łukasz Jaćkiewicz: Dostała Pani też zaproszenie do współpracy z Grzegorzem Ciechowskim, czego efektem był utwór „Jak liść”. To on namówił Panią do nagrania autorskiej płyty?
Kayah: To nie tak. Z Grzegorzem i innymi artystami pracowałam na drugim planie, ale komponowałam własne piosenki, póki co do szuflady. Tak zbierałam materiał na Kamień. Kiedyś odwiedziła mnie ówczesna partnerka Grzegorza, Małgosia Potocka i pod wpływem dziwnego impulsu zagrałam jej Jak liść. Bardzo ją ta piosenka wzruszyła, podała więc temat Grzegorzowi , który zmusił mnie pewnego wieczora w studiu do zaśpiewania tego utworu, po czym uznał, że jestem gotowa na samodzielne kroki. Nie uznał mojego sprzeciwu, był tak autorytatywny, że zaczęłam poważnie się nad tym zastanawiać. Co więcej, zmusił mnie, abym wykonała tę piosenkę na koncercie Republika bez prądu. Tego nie było w planach. Ale to rzeczywista premiera tego utworu.
Łukasz Jaćkiewicz: Wróćmy jednak do płyty „Kamień”. Utwory na album napisała Pani sama i sama je też wyprodukowała. Jak więc wspomina Pani prace nad tym krążkiem? Miała Pani wówczas jeszcze złą opinię publiczną, którą nakręcała Pani stara wytwórnia?
Kayah: Owszem, ale to było nowe tchnienie. Nie myślałam wiele o tym, co dzieje się na zewnątrz tylko co mam w środku i co chcę przekazać. Dopiero później dopadła mnie rzeczywistość, kiedy okazało się , że nie dość, że płyty nikt nie chce wydać, to nawet przesłuchać. To był owoc zniszczonej z premedytacją reputacji. Nie pomagało nawet wstawiennictwo moich przyjaciółek i wielkich gwiazd, Edyty Bartosiewicz i Renaty Przemyk. Ale miałam ogromne wsparcie od przyjaciół, i wciąż wielką nadzieję na odmianę. Cóż ten typ jak ja ma często pod górę.

Łukasz Jaćkiewicz: Bardzo ciekawi mnie konspekt okładki. Ujawnia się na niej Pani jako kobieta w czarnym afro z białymi skrzydełkami. Pamięta Pani tamtą sesję fotograficzną, w której powstało to zdjęcie?
Kayah: No pewnie!!!! Wszystko było spontanem. Byłam bardzo zakompleksiona i pozowanie sprawiało mi trudność. Nie mieliśmy też jasnej koncepcji. Była to powiedzmy profesjonalna zabawa.
Łukasz Jaćkiewicz: A tytuł? To Pani fascynacja do minerałów naturalnych?
Kayah: Zawsze! Ale o tytule zadecydowała sztandarowa piosenka płyty – Jestem kamieniem, jak się później okazało nabrało to znaczenia na wielu płaszczyznach i to symbolicznego. Kayah w Turcji znaczy kamień, po wielu przykrych zajściach sama czułam się twarda jak kamień, a płyta okazała się być moim kamieniem węgielnym.
Łukasz Jaćkiewicz: „Kamień” pokrył się u nas statusem Złotej Płyty, co idzie w parze z wysoką sprzedażą egzemplarzy. Była Pani wówczas zaskoczona takim sukcesem?
Kayah: Zaskoczenie wywoływał fakt, że zatrzęsła wtedy tak rockowym rynkiem. Nie spodziewałam się tego. Myślałam, że ludzie nie są na to gotowi. Poza tym po tak długim czasie restrykcji i niechęci do mnie w środowisku wątpiłam w swoje szczęście. Jakby nie patrzeć, to były wspaniałe czasy.
Łukasz Jaćkiewicz: Podczas promocji płyty jak i przed jej wydaniem zdobyła Pani wiele nagród. Był Bursztynowy Słowik na Festiwalu w Sopocie, nominacja do Fryderyków, Festiwal w Opolu, międzynarodowy odzew na Festiwalu w Karlsham. Cieszył Panią taki odzew zarówno od fanów jak i krytyków muzycznych?
Kayah: Każdego by cieszył. Jednak prawdziwy artysta niewiele robi sobie z nagród. Największą nagrodą jest wierny odbiorca, któremu chce się przyjść na koncert, reagować, kupić płytę. Mieć refleksje. Nagrody nie są nadrzędną wartością.
Łukasz Jaćkiewicz: Płyta do tej pory uznawana jest za jedną z najlepszych, które ukazały się w tamtym czasie. Pochlebne słowa krytyków sprawiły, że było to motorem do dalszego działania? Sprawiło, że uwierzyła Pani we własne możliwości?
Kayah: Z każdą następną płytą miałam ambicje, by podnieść poprzeczkę, ale i strach, że nie uda mi się doskoczyć do poprzedniej. Takie zdawanie egzaminów za każdym razem, gdy robiłam coś nowego.
Łukasz Jaćkiewicz: Wiele utworów z płyty stało się klasykami polskiej muzyki, wiele z nich nadal granych jest w polskich stacjach radiowych. Który Pani jest więc szczególnie bliski, który po 20 latach mile Pani wspomina?
Kayah: Jakoś tak jest, że te najmniej grane piosenki darzy się największym uczuciem. Dlatego dla mnie to nie są Fleciki, ale bardziej Jestem Kamieniem. Ale to normalne zjawisko.
Łukasz Jaćkiewicz: Przygotowuje się Pani właśnie do swojej nowej, jesiennej trasy koncertowej, która ma promować 20-lecie płyty. Czego możemy się po niej spodziewać? Zagra Pani wszystkie utwory z tej płyty?
Kayah: Tak, może poza jednym, ale muszę mądrze gospodarować czasem koncertu, bo chcę dorzucić co nieco z innych płyt. Mam nadzieję że będzie to cudowna podróż w czasie, w emocjach i muzyce. Postaram się, by oprawa była zacna i aby każdy wyszedł z koncertu dotknięty i wzruszony. Po szczegóły dot. trasy zapraszam na moją stronę oficjalną na Facebooku.



