Recenzowałem w tym roku już albumy will.i.ama, Inn’ej czy Patrycji Kazadi. Dało się zauważyć, że muzyka taneczna i elektroniczna to nie moje ulubione gatunki. Dlaczego więc sięgam po krążek Katy Perry? Wokalistka od zawsze wydawała mi się bowiem osobą zabawną, ciekawą, posiadającą własny styl i pomysł na siebie. Kiedy jednak zacząłem już rzygać singlami z Teenage Dream, jej osoba trochę mi zbrzydła. Później nadszedł singiel Roar oraz promocyjne utwory Dark Horse i Walking on Air. Było jeszcze gorzej. Dlatego tym bardziej cieszę się, że Prism jest tak dobrym albumem.
Przede wszystkim brawa należą się producentom. Katy współpracowała przy krążku z takimi ludźmi jak Max Martin, Dr. Luke czy Stargate. Stworzyli oni płytę popową z wpływami muzyki tanecznej i elektronicznej. Z komputerowymi dźwiękami na szczęście nie przesadzono. Wyszedł album bezpieczny, ale przyjemny i hitowy. Oceniając Prism należy pamiętać właśnie o tym, że jest to krążek rozrywkowy. Mający nam sprawić chwilową przyjemność, przy którym będziemy mogli się pobawić, ale także posłuchać ładnej ballady. W takiej kategorii wypada rewelacyjnie. Powiedziałbym nawet, że Prism to wzorcowy, popowy album.
Let The Light In
Jedyny minusik, jaki postawiłbym przy krążku, to jego zapowiedzi. Katy wielokrotnie wspominała, że nagrała mroczne utwory. A później nadszedł singiel Roar i marzenia o ciemniejszej, bardziej tajemniczej płycie… prysły jak bańka mydlana. W końcu jednak wokalistka przyznała, że piosenki z albumu pomogły jej wyjść z tego mrocznego okresu życia. Trudno się dziwić – artystka przeżyła rozwód. Na Prism postawiła jednak na radosne melodie. Szczęście objawia się także w tekstach. Które, nota bene, są najsłabszą częścią płyty. Katy śpiewa o miłości, zauroczeniach, uczuciach. Robi to jednak w mało ciekawy, zwyczajny sposób. Szczyt absurdu osiąga, gdy porównuje swojego ukochanego do podwójnej tęczy. Nadrabia to jednak w symbolicznym Ghost opowiadającym o byłym mężu, bardzo ładnym By the Grace of God, a także Roar, gdzie szczególnie podoba mi się fragment:
You held me down, but I got up Already brushing off the dust
We’re gonna hear her roar
Początkowo bardzo się płyty obawiałem. Roar nie był tym, czego oczekiwałem od Katy. Single promocyjne – Dark Horse oraz Walking on Air – również nie przypadły mi do gustu. Gdy już zdobyłem Prism, z obawą odtworzyłem go na wieży. I okazało się, że to naprawdę dobry, popowy krążek. Zostając jeszcze przez chwilę przy singlach: Roar to przyjemna, popowa piosenka. Grower. Trzeba przesłuchać go wiele razy, by wreszcie się spodobał. Zanim się jednak obejrzysz, będziesz razem z wokalistką nucić ooo w refrenie. Jeszcze bardziej podoba mi się Walking on Air. Niby zwyczajny club-banger, refren sięga dna banału (w kółko powtarzane tytułowe słowa), ALE. Utwór jest niesamowicie chwytliwy, ciekawie wykorzystuje motywy muzyki dyskotekowej lat 90., a chór gospel w mostku bardzo ciekawie go urozmaica. Nieco zmarnowanym kawałkiem jest natomiast Dark Horse. To jedyna pozostałość po zapowiadanej mrocznej płycie. Piosenka ma wciągający, nieco hip hopowy bit. Byłby to najlepszy utwór na Prism, ale popsuła go nijaka, raperska wstawka Juicy J. Szkoda.
A jak przedstawiają się pozostałe utwory z płyty? Mimo wszystko muzyka Katy przeszła drobną metamorfozę. Mamy tu np. wesołe, taneczne This Is How We Do, które bardzo ciekawie wykorzystuje motyw muzyki dyskotekowej lat 80., a także ładne, elektroniczne Love Me. Na tym tle dość blado wypadają dwie piosenki: International Smile oraz This Moment. Przesadzono w nich z komputerowymi obróbkami. O Teenage Dream przypomina nam Birthday. W piosence bardzo mocno wyeksponowano gitarowy motyw, który przywodzi na myśl Last Friday Night. Birthday to jednak o niebo lepszy numer. Nie mogę natomiast przeboleć edycji deluxe. Dlaczego te trzy utwory – przyjemne Spiritual, ładne It Takes Two oraz hipnotyzujące, fantastyczne Choose Your Battles – to jedynie bonusy?! To bardzo klimatyczne nagrania, które z powodzeniem mogłyby zastąpić kolejno International Smile, This Moment i Double Rainbow z wersji podstawowej.
By the grace of god I picked myself back up
Na Prism bardzo zaskoczyła mnie spora ilość ballad. Na poprzednich zdarzały się po jednej (świetne, emocjonalne Thinking of You oraz nieco nudne Not Like the Movies). Tutaj mamy ich więcej. Spokojniejsze są chociażby wyżej wymienione Love Me oraz This Moment. Znacznie bledną one jednak przy Ghost. W tym utworze Perry również sięgnęła po elektronikę. Wykorzystała ją jednak w subtelny sposób, tworząc niesamowicie delikatny, lekki kawałek. Najbardziej powaliła mnie w nim końcówka, w której słyszymy pięknie brzmiące smyczki. Wokalistka bardzo wczuła się także w tekst. Tak emocjonalnie chyba jeszcze nie brzmiała. Polecam także Unconditionally. Przyznam, że nie spodziewałem się, że ballada zostanie wybrana na drugi singiel. A jednak. Piosenka ma bardzo wyrazisty refren – piękny, mocno zaśpiewany. Nie można też zapomnieć o zamykającej podstawową wersję płyty balladzie By the Grace of God. Zwrotki są stonowane, cudownie zagrane na pianinie. Numer rozwija się w refrenie. Uważam, że to jedna z najlepszych piosenek Katy. Stanowi idealne zamknięcie Prism.
Say my name like a scripture Keep my heart beating like a drum
Na osobne słowa zasługuje kompozycja Legendary Lovers. To najbardziej innowacyjna pozycja na płycie. Zwrotki i (przede wszystkim) mostek zawierają wpływy muzyki… orientalnej! Uważam, że to bardzo ciekawy i udany eksperyment. Żwawszy refren przywodzi z kolei na myśl Irlandię. Nie spodziewałem się takiego utworu po Katy, dlatego jestem pod tym większym wrażeniem.
Wokalistka tak naprawdę już mogłaby pójść na emeryturę. Kasa zarobiona na One of the Boys i Teenage Dream wystarczyłaby do końca życia. Ucierpiałaby jednak na tym muzyka popularna. Bo kto zastąpiłby miejsce tej ciekawej, zabawnej, pomysłowej artystki? Tak – już nie boję się używać tego słowa. Utwory takie jak Ghost czy By the Grace of God pokazują, że Perry powinna być traktowana poważnie. A przy tym potrafi bezbłędnie stworzyć świetny, imprezowy przebój. Taka muzyka nie jest szczególnie przeze mnie ceniona, ale w wykonaniu Katy Perry mogę jej słuchać zawsze. Panie i panowie, czapki z głów, oto największa i najlepsza gwiazda współczesnego popu.

