Choć polska scena basowa wciąż jest w powijakach, rozwija się w całkiem niezłym tempie. Jednymi z najważniejszych przedstawicieli są chłopaki z Kamp! którzy premierowy album wydali już 3 lata temu. Przez ten czas nie było próżnowania. Występy w klubach, potem na największych polskich festiwalach aż w końcu zostali docenieni również za granicami naszego pięknego kraju. Teraz wracają, pełni nowych pomysłów i doświadczeń.
Album został wydany zgodnie z panującym obecnie w świecie muzycznym trendem, tj. bez większych zapowiedzi. Chłopaki wrzucili dzień wcześniej info na Facebooku, że nazajutrz należy stać w kolejce przed otwarciem sklepów muzycznych. Po drodze można sobie zapuścić streaming, bo tam też album pojawił się natychmiast.
Okładka jak i tytuł nie wzięły się z przypadku. Choć Orneta brzmi bardzo egzotycznie, w rzeczywistości jest to miasto w województwie warmińsko-mazurskim. Miasto, z którego wywodzą się pewne inspiracje dla całego zespołu. Co z okładką? Pierwsze skojarzenie? SBTRKT! Jak się okazało, obraz to jednak kadr z filmu Król Maciuś I.
Początek płyty jest potężny! Trzy pierwsze kompozycje to zdecydowanie najlepsze karty przetargowe całego albumu. Half Nelson, czyli pierwszy kawałek na płycie to EDM, ale jakże inny od wcześniejszej twórczości Kamp!. Aż bije od niego potencjałem koncertowo-tanecznym. Jeszcze więcej usłyszymy go na wydanym wcześniej singlu No Need To Be Kind. Od razu nóżka tupie do rytmu, tak jak niegdyś tupała do Can’t You Wait czy Melt. Idę o zakład, że jeżeli kompozycja trafiłaby do ogólnopolskich stacji radiowych, stałaby się w trybie instant jednym z największych hitów w obecnym roku. Kawałek przynosi nam trochę lata w te ciemne, jesienne i zimowe wieczory. Moim faworytem ostatnich powrotów z uczelni ze słuchawkami, gdy naokoło zapada już ciemność został sygnowany na cześć francuskiego trenera Arsenalu Londyn utwór Arsene Wenger. I wcale nie opowiada o tym, jak to jest zawsze przegrywać z największymi. Jak wspomnieli sami twórcy, utwór jest o młodości i gratyfikowaniu jej jak to robi sam Pan Trener w swojej pracy. Ja nie należę do tych osób, które doszukują się głębszego sensu i drugiego dna w intrumentalach. Warstwa słyszalna dla ucha jest tu jednak z najwyższej półki.
Wsród 11 kawałków praktycznie żaden nie ma statusu „słaby” albo „do skipowania”. Jeśli miałbym coś zarzucić, to byłoby to zbyt radykalne odejście od tego synth popu z debiutu jakim rozkochali w sobie Polskę (i nie bójmy się tego powiedzieć – również świat). Słychać to między innymi na Zandata Mondata. Utwór ma ogromny potencjał by stać się kolejnym hitem, jednak brakuje mu trochę czystego wokalu. Momentami syntezatora jest zbyt dużo. Możemy co najwyżej potańczyć razem z Kamp!, nie będzie zbyt wielu okazji by również ponucić.
Kolejny już raz w ostatnim czasie możemy przy tym albumie postawić z dumą pieczątkę „made in Poland”. Nasz naczelny, muzyczny towar eksportowy nie zawiódł. Album jest świeży nie tylko w porównaniu z rodzimą sceną. Zespół zapewne zebrałby świetne recenzje również na zachodnich rynkach muzycznych.
Przyznam, że nigdy nie słyszałem Kamp! na żywo. To niemałe osiągnięcie, bo w ostatnich latach grali już praktycznie w każdym ważniejszym miejscu w Polsce. Ale nadrobię to już niedługo. Na dodatek w miejscu na które ich muzyka zasługuje, w pięknym Gdańskim Teatrze Szekspirowskim. Czekam z niecierpliwością, bo chodzą opinie, że kapela na żywo jest nawet kilka razy lepsza niż studyjnie. Czy to w ogóle możliwe!?


