Kali Uchis – Sin Miedo (del Amor y Otros Demonios) ∞ (2020), recenzja Christiana Cieślaka

Inne recenzje

Mimo, że obecna rzeczywistość nadal tematycznie kręci się wokół pandemii, tak muzyczna po raz kolejny mnie zaskakuje. Jedna z najbardziej intrygujących latynoskich artystek ostatnich lat, czyli Kali Uchis, oddała w nasze ręce swój drugi pełnoprawny album pod tytułem Sin Miedo (del Amor y Otros Demonios) ∞ [pl. bez strachu przed miłością i innymi demonami]. Zatem czy naprawdę nie mamy się czego bać wobec tego dzieła? Otóż nie…

Baby K Archivi - Sient a Musica

Gdzieś na początku września tego roku w naszej najpopularniejszej rubryce, czyli „Tego Słuchamy”, mówiłem o Kali Uchis jako tej wokalistce, której muzyka była ze mną obecna praktycznie każdego dnia. Czy tak rzeczywiście było dowiem się wraz z tegorocznym podsumowaniem mojej aktywności na Spotify, jednak nie mam wątpliwości, że Sin Miedo zostanie ze mną na zdecydowanie dłużej, niż do końca 2020 roku. Co jest więc takiego wyjątkowego w tym krótkim, acz artystycznie hojnym dziele?

Sin Miedo (del Amor y Otros Demonios) ∞, co jest dość długim i dziwnym tytułem, jak na popowe standardy, to nieco ponad trzydzieści minut latynoskiej aury wypełniającej zbiór najbardziej eterycznej muzyki ostatniego stulecia – od lat 20. XX wieku, po współczesne nam lata 20. XXI wieku. O sile tego dzieła stanowi jego spójność, zarówno w ramach samego siebie, jak i artystycznego charakteru oraz dotychczasowych osiągnieć Kali Uchis. Tak jak jej debiutanckie dzieło, czyli Isolation, było bogate w bardzo różne muzyczne style, będąc tylko i aż kolekcją świetnych piosenek, tak Sin Miedo jest świetnym albumem składającym się z piosenek budujących jego splendor. Jednocześnie jest to też jego największa bolączka, ale więcej o tym w następnym akapicie. Mimo, że gatunkowo mamy do czynienia z mieszanką klasycznego popu, związanego chociażby z Frankiem Sinatrą, z alternatywnym R&B, trapem oraz reggeatonem, tak wspólnie tworzą jednorodne dzieło. Choć jest to mieszanka doprawdy wybuchowa, tak Kali potrafiła utrzymać ją w stylistycznych ryzach latynoskich ballad do łóżka, które nie stawiają wyłącznie na sensualność, ale również na taneczny ruch.

Poza wyśmienitą produkcją, fantastycznym tekstami i jeszcze lepszym wokalem samej Kali Uchis, który najpiękniej wybrzmiewa w otwierającym La Luna Enamorada (!!!) oraz Que Te Pedí// (!!), Sin Miedo brakuje odrobiny zróżnicowania, co w szczególności tyczy się jego drugiej części. Wraz z Quiero Sentirme Bien piosenki zaczynają się ze sobą zlewać, przestając komplementować swoje unikatowe brzmienie, bo też nie za bardzo mają co komplementować. Poza singlowym La Luz (Fin) oraz dość klasycznym dla obecnych latynoskich brzmień Te Pongo Mal (Préndelo), album nieco traci tej szczególnej energii, która zaistniała na jego początku. Mam przez to na myśli aurę bogactwa, ekstrawagancji oraz nieskrępowanego, wręcz suczego poczucia wyższości. Pomimo kilkukrotnych prób, nie jestem wstanie przypomnieć sobie jak brzmi ten kwartet piosenek, którym niestety nie udało się rozwinąć pomysłu zrodzonego w ramach pierwszej połowy albumu. Jednak patrząc na okładkę Sin Miedo, gdzie Uchis jest różowym aniołem o czarnych skrzydłach rodem z najlepszego japońskiego anime, wszelakie braki energetyczne są mi w zupełności rekompensowane.

Pomimo niewielkich trudności w wyróżnieniu tych najbardziej błyszczących perełek w obliczu niewiarygodnej harmonii między nimi, tak mam wśród nich parę faworytek. Na pewno najlepszym co Kali ma nam do zaoferowania w ramach Sin Miedo to genialny duet z Rico Nasty – gdyby tylko był dłuższy chociażby o te 30 sekund, wtedy byłby jej najlepszą kompozycją w karierze. Miło myślę również o pozostałych duetach, czyli Fue Mejor, La Luz (Fin) oraz tym dość banalnym Te Pongo Mal (Préndelo), którego goście nie dodają mu szczególnie dużo wartości i osobowości. Zdecydowanym zaskoczeniem jest jak już wspomniałem duet La Luna Enamorada oraz Que Te Pedí//, będąc niejako coverami klasycznych latynoskich szlagierów sprzed lat. Co do pozostałych kompozycji, szczególnie polecam prawie, że „bondowskie” Vaya Con Dios oraz romantyczne Quiero Sentirme Bien.

Sin Miedo (del Amor y Otros Demonios) ∞ to niezwykła kontynuacja tego, co Kali Uchis muzycznie daje swoim fanom od swojego debiutu w roku 2018. Nie znam drugiego tak ambitnego albumu, który umiał pogodzić ze sobą zupełnie dwie bajki – pop, przy którym można potupać nóżką, z gorącym kolumbijskim ogniem oraz sensualnością. Jeśli w biegu codzienności uda się Wam znaleźć te trzydzieści minut wolności, Sin Miedo pięknie wypełni je swoimi kojącymi dźwiękami. Kali już się nie boi, pora więc i na nas!

Kali Uchis - Sin Miedo (del Amor y Otros Demonios) ∞
  • Data premiery: 18 11 2020
  • Single: Aquí Yo Mando, La Luz
Najlepsze utwory: Aquí Yo Mando, La Luna Enamorada, Que Te Pedí//, La Luz, Fue Mejor, Vaya Con Dios
Najsłabsze utwory: brak


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Christian Cieślak
Christian Cieślak
Skromnie nieskromny dziennikarz muzyczny oraz kulturalny, który już od 5 lat sieje swoje opinie w redakcji All About Music. To mój sposób na dzielenie się ogromną miłością do muzyki całego świata, a w szczególności tej wymykającej się gatunkowym podziałom i prowokującej do myślenia.

Czytaj również

Mimo, że obecna rzeczywistość nadal tematycznie kręci się wokół pandemii, tak muzyczna po raz kolejny mnie zaskakuje. Jedna z najbardziej intrygujących latynoskich artystek ostatnich lat, czyli Kali Uchis, oddała w nasze ręce swój drugi pełnoprawny album pod tytułem Sin Miedo (del Amor y Otros Demonios)...Kali Uchis – Sin Miedo (del Amor y Otros Demonios) ∞ (2020), recenzja Christiana Cieślaka