Justin nie nagrywa trzeciej płyty i nie ma planów, by to zrobić – taka informacja obiegła świat w 2012 roku. W sumie gdyby Justin Timberlake nie nagrał już żadnego krążka, nikogo by chyba nie zdziwił. Jego ostatni (nie licząc nowego) solowy projekt to FutureSex / LoveSounds z 2006. Od tamtego czasu minęło już 7 lat. Niektórzy w tak długim czasie zdążyliby nagrać kilka płyt. Wieści ze studia Timberlake’a nie było. A jednak – pod koniec zeszłego roku świat obiegła plotka, że wokalista nagrywa kolejny krążek. Dziś już możemy zasiąść do trzeciej muzycznej uczty piosenkarza. Warto, bo The 20/20 Experience to danie iście królewskie.
Nad The 20/20 Experience czuwał stary „kumpel” Justina – Timbaland. Odpowiadał on również za poprzedni krążek artysty. Timberlake nawiązał też współpracę z producentem o pseudonimie Jerome „J-Roc” Harmon. We trójkę udało im się stworzyć krążek stanowiący zupełnie inny rozdział w karierze wokalisty. To może na szybko przypomnijmy sobie jego poprzednie płyty. Debiutanckiego Justified nie lubię, FutureSex / LoveSounds bardzo mi się podoba, choć trochę mi zajęło nim się do niego przekonałem. The 20/20 Experience to coś zupełnie innego. Nie jest to już tak luźny zbiór kilkunastu przebojowych/spokojnych kawałków, ale spójna całość. Spójna, ale różnorodna. Justin miesza wiele muzycznych stylów: od nowoczesnego R&B, przez delikatną elektronikę aż do nieco hip hopowych dźwięków i (uwaga!) neo soulu. Co prawda w uwspółcześnionym wydaniu, ale zawsze jest to coś nowego.
Pierwszym singlem, który miał nas zachęcić do sięgnięcia po The 20/20 Experience, stał się utwór Suit & Tie. Kolejnym (wydanym niecały miesiąc po poprzednim) – Mirrors. Zacznę może od tego drugiego. To bowiem Mirrors jest dla mnie najbardziej problematyczną piosenką na krążku. Z powodzeniem mogłaby znaleźć się na jednej z poprzednich płyt wokalisty. Pomiędzy kiepskimi balladami z Justified pięknie by błyszczała. Te czasy jednak minęły, a Mirrors zestawione z innymi kawałkami na The 20/20 Experience wypada przesadnie ckliwie i banalnie. Szczególnie w refrenie. Same zwrotki są całkiem niezłe. Ogólnie jednak nie potrafię numeru skrytykować. Ma w sobie coś, co mnie przyciąga i sprawia, że mam ochotę słuchać go w kółko. Bardziej podoba mi się mimo wszystko pierwszy singiel – Suit & Tie. Zaczyna się w powolną, hip hopową muzyką. Szybko jednak zastępuje ją neo soulowe granie – niczym z lat 70. Łatwo wpada w ucho. No i brawa dla wokalisty – to jest takie niedzisiejsze, niekomercyjne. A jednak hitowe i przebojowe. Nie rozumiem tylko jednego – co tam robi ta patria wykonywana przez Jaya-Z? Nic ciekawego nie wnosi.
Każda piosenka zawarta na tej płycie zasługuje na osobny komentarz. Bardzo podoba mi się otwierający album kawałek Pusher Love Girl. Szczególnie jego początek jest rewelacyjny. Słyszymy w nim magiczną wręcz partię skrzypiec. Z początku byłem na Justina trochę zły, że nie pociągnął tego dłużej, ale dziś nie złoszczę się już ani trochę. Pusher Love Girl to łatwo wpadająca w ucho, bujająca piosenka utrzymana w klimacie nowoczesnego R&B. I kiedy myślimy, że w takim stylu dojdzie do końca, dostajemy od wokalisty swego rodzaju niespodziankę. Około piątej minuty kawałek staje się bardziej hip hopowy, sam wokal też sprawia wrażenie bardziej przerobionego. W skrócie – Pusher Love Girl to świetna, różnorodna piosenka. W dalszej kolejności otrzymujemy znane nam już Suit & Tie oraz kolejne zaskoczenie – Don’t Hold the Wall. Utwór utrzymany jest w nieco afrykańskim (na moje ucho) klimacie. Słychać tu muzyczne kombinatorstwo Timbalanda. I coś takiego kupuję! Znacznie lepsze takie Don’t Hold the Wall niż kolejny, słaby featuring tego producenta. Podoba mi się też sposób śpiewania Timberlake’a – jego głos jest zdecydowany, ale też stonowany.
Zaraz po wciągającym, ciekawym Don’t Hold the Wall otrzymujemy znacznie spokojniejszy utwór pt. Strawberry Bubblegum. To nieco elektroniczna pościelówka. Nieco słodka (jak na dorosłego mężczyznę), urocza i po prostu ładna piosenka. Timberlake porównuje w niej swoją ukochaną do truskawkowej gumy do żucia. Sam tekst idealnie więc pasuje do muzyki. W Tunnel Vision ponownie mamy obrót o 180 stopni – to przebojowa, szybsza, nowoczesna piosenka. I ponownie różnorodna. Oprócz elektronicznych dźwięków możemy usłyszeć w niej partie smyczków. Nadal przerobionych, ale idealnie tu pasujących. Poza tym w Tunnel Vision najbardziej czuć tego „ducha Timbalanda” – nie zdziwiłbym się, gdyby numer znalazł się na nadchodzącym albumie producenta (Shock Value III). Nieco bardziej futurystycznie i może nawet kosmicznie robi się w Spaceship Coupe. To powolna, ale wciągająca i uzależniająca kompozycja. Szczególnie podoba mi się w niej solówka gitarowa w środku utworu. Nie jest długa, ale lepszy rydz niż nic. Muszę jednak przyznać, że Spaceship Coupe dużo traci w towarzystwie kawałka That Girl. To najbardziej pozytywna, leniwa, ale i relaksująca piosenka z The 20/20 Experience. Z lekkim przymrużeniem oka można by ją podciągnąć pod reggae. Oczywiście w stylu Justina – a więc reggae zmieszane z R&B i popem. Jak dla mnie jeden z najmocniejszych punktów płyty. Uwielbiam również taneczne Let the Groove Get In. Wielbiciele poprzedniej płyty pewnie smucą się, że nie dostali utworów pokroju SexyBack. Cóż – może chociaż Let the Groove Get In trochę ich pocieszy. To świetny, energiczny kawałek łączący w sobie elementy muzyki tanecznej i latynoskiej. Nie sposób usiedzieć przy nim spokojnie. Wręcz zaraża swoją chwytliwością.
Jednak prawdziwą perełkę wokalista zostawił nam na sam koniec albumu. Ballada Blue Ocean Floor to chyba najlepsza piosenka, jaką kiedykolwiek nagrał. Nie jest to typowy „wyciskacz łez”, ale łzy i tak wyciska. To wzruszający, pełen bólu i smutku utwór. Justin nie brzmi już tak płaczliwie jak w swoich starszych balladach (np. (Another Song) All Over Again), ale śpiewa naprawdę cudownym, przepełnionym emocjami wokalem. Załamuje się w kilku momentach, co tylko potęguje niesamowite wrażenie, które Blue Ocean Floor na mnie zrobiło. Nic więcej pisać nie trzeba. Poza tym uważam, że do tej części płyty każdy powinien dotrzeć i dojrzeć sam.
Jestem po prostu zachwycony nowym krążkiem Justina Timberlake’a. Nigdy nie uważałem się za fana jego muzyki, utworów takich jak Rock Your Body do dziś nie cierpię, ale The 20/20 Experience po prostu mnie powaliło. Porwało moje nogi do tańca (Let the Groove Get In, Suit & Tie), ale też wzruszyło i skłoniło do refleksji (Blue Ocean Floor). Nie trzeba chyba nic więcej. Dla mnie nie tyle najlepszy powrót 2013, co najlepszy powrót kilku ostatnich lat.
* * *
To trzecia recenzja albumu Justina Timberlake’a – wcześniej mogliście przeczytać recenzję Łukasza, który dał punktów 9, oraz recenzję Zuzanny, która oceniła krążek na 7.5.



