Jula – Milion słów (2017), recenzja Jonatana Paszkiewicza

Na przestrzeni sześciu ostatnich lat wydała trzy płyty. W 2017 roku dołączyła do obsady najpopularniejszego serialu obyczajowego w Polsce, a piosenka M jak miłość miała zastąpić czołówkowy utwór w wykonaniu Beaty Kozidrak, co ostatecznie nie nastąpiło. Dlaczego? Wystarczy posłuchać nowej płyty Juli, a wniosek nasunie się sam.

Julicie Fabiszewskiej, znanej szerszej publiczności pod pseudonimem Jula, od 2012 roku nie udało się przebić popularnością swoich dwóch pierwszych singli z płyty Na krawędzi. Jej debiut był całkiem udany, o czym mogły świadczyć dobre wyniki sprzedaży pierwszej płyty, jak również wysokie miejsca utworów Za każdym razem i Nie zatrzymasz mnie na liście najczęściej granych utworów w polskich stacjach radiowych. Piosenki to wybitnie depresyjne (nie tylko ze względu na tekst), ale zamierzony sukces osiągnęły. Drugi album przeszedł już bez większego echa, a promujące go single poznali co najwyżej fani piosenkarki. W maju 2017 roku ukazała się trzeci płyta Juli. Niestety, Milion słów to książkowy przykład tego jak wiele okładka albumu mówi o jego zawartości. Zacznijmy jednak od tego, że dotychczasowy repertuar piosenkarki jest sobie do bólu podobny – gdyby poszczególne utwory z płyty 180° umieścić na Milionie słów i na odwrót, prawdopodobnie mało kto dostrzegłby różnicę.

Na nowej płycie znalazło się  w sumie 11 utworów. Dość dziwnym posunięciem było umieszczenie na niej bonusowego, świątecznego utworu. Piosenka Gdy gwiazdka powstała z udziałem chóru Sound’n’Grace, ale poziomem nie różni się zasadniczo od pozostałych kompozycji z płyty; jest za to wyjątkowo radosna. Płytę Milion słów promowały jak dotąd cztery single: utwór tytułowy, Dobrego dnia, Tętno i Nieistnienie. Co ciekawe, na single zostały wybrane zdecydowanie najsłabsze utwory z całej płyty. O ile piosenka Nieistnienie jest barwna i całkiem przyjemna w odbiorze, o tyle pseudoelektroniczne Tętno i Dobrego dnia, a także infantylne Milion słów obniżają ogólną ocenę całego albumu drastycznie. Specjalną pozycję na płycie stanowi piosenka M jak miłość. Choć jej twórcami jest duet, po którym można by było spodziewać się dobrej kompozycji (słowa Patrycji Kosiarkiewicz i muzyka Bartosza Zielonego – notabene producenta płyty), efekt końcowy jest mizerny. Trzykrotnie powtarzająca się fraza M jak miłość w refrenie i niepoważna muzyka czynią z tej piosenki kompletny niewypał, który zwyczajnie męczy podczas słuchania. A chęci były szczere, bo piosenka w wykonaniu Juli miała zastąpić utwór Nie pytaj o miłość Beaty Kozidrak w czołówce serialu M jak miłość, co na szczęście nie doszło do skutku. Duet Kosiarkiewicz-Zielony niefortunnie jest też autorem innych utworów z płyty Milion słów.

W pozostałych utworach (Wkręceni, Za rękę, Miejsca) konsekwentnie przewijają się wstawki elektroniczne, które jeszcze bardziej podkreślają jarmarczny charakter nowej płyty Juli. Odrobinę lepiej wypada utwór Pozwól mi (choć i tak jest jednym z wielu nijakich), za to wyjątkowo udana jest piosenka Plan, którą można postawić na równi ze wspomnianym wcześniej singlem Nieistnienie. To jedyne dwie kompozycje z całego albumu, które potrafią pozytywnie zaskoczyć słuchacza.

Jula mogłaby być naprawdę piosenkarką, jeśli tylko znalazłaby osobę, która skomponowałaby dla niej odpowiednią muzykę. Potrzeba odmiany i powiewu świeżości – czegoś, co uczyniłoby Julę artystką charakterystyczną, której piosenki będą rozpoznawalne po pierwszych dźwiękach. Jak na razie Julita Fabiszewska gra w serialu i to wychodzi jej najlepiej.

Czytaj również