Pamiętacie przebój Beautiful Now, który należy do ZEDD’a? W piosence wokalu udzielił młody, utalentowany Jon Bellion. To była prawdziwa trampolina do jego solowej kariery. Pomimo, że debiutancki krążek utrzymany jest w nieco innych klimatach niż powyżej wspomniany utwór, to warto zatrzymać się nad nim i posłuchać subtelnej mieszanki popu z hip-hopem.
Ostatnio zastanawiam się coraz bardziej, czemu dobre popowe wydawnictwa nie odnoszą dużego sukcesu, a radia katują nas miałką jakością muzyki? Tak było rok temu w przypadku Carly Rae Jepsen i jej krążka EMOTION, tak jest teraz z Jonem Bellionem i krążkiem The Human Condition.
Zacznijmy od tego, że nie często się zdarza – albo ja nie często trafiam – na artystów, którzy i dobrze śpiewają, i dość dobrze rapują. Jon Bellion posiada te dwie zdolności i całkiem nieźle je łączy. Może to nie drugi Wiz Khalifa czy Eminem pod względem rapu, ale jego umiejętności są obiecujące. New York Soul (pt. ii) to najmocniej przesiąknięty rapem utwór na płycie (końcówka jest najlepsza.) Artysta jednak znacznie lepiej wypada podczas śpiewania. Może nie posiada 5 oktaw, ale słucha się go przyjemnie.
The Human Condition to bardzo dobrze wyprodukowany album. Płyta jest spójna klimatycznie, ale dość niespójna brzmieniowo. Na krążku zawarto wiele ciekawych efektów muzycznych – jak np. zniekształcenie wokalu. Nie martwcie się, nie jest to przesadzona produkcja – wszystko ma swoje granice.
Krążek ma jednak swoje ciemne strony. Znajdują się tu kompozycje, które lepiej omijać szerokim łukiem. Np. Maybe IDK – mocno zamulające, monotonne, które na tle płyty nie charakteryzuje się niczym ciekawym. Od pierwszego przesłuchania znienawidziłem także 80’s Films. Straszny wstęp, który jest również refrenem; jedynie zwrotki ratują całość kawałka. Na szczęście po koszmarnym 80’s Films nadchodzi przepiękne All Time Low, które w przeciwieństwie do przed chwilą wspomnianej kompozycji, posiada interesujący refren i zwrotki – to jedna z najlepszych piosenek na płycie.
Na 14 utworów zostało zaproszonych dwóch gości: Blaque Keyz i Travis Mendes. Pierwsze Weight Of The World niestety nie porywa. Można przysnąć, znudzić się. Takich ballad nie kupuje, typowy zapychacz. Sprawa ma się inaczej przy Guillotine. Zaczyna się spokojnie, później zmienia się tempo na taneczne – jest interesująco, ciekawie. Jak się chce, to się potrafi zrobić dobrą piosenkę. Travis Mendes pod koniec nadaje dodatkowego klimatu singlowi. Tak, ta kompozycja została wydana jako singiel.
Hand of God, czyli końcowe outro, to dobre podsumowanie całego wydawnictwa. Dobre, z lekkimi brakami, z dużymi ulepszeniami – zniekształcenia wokalów, chórki – każdy znajdzie coś tutaj dla siebie. W niektórych momentach monotonne i usypiające, a czasami odwrotnie – intrygująco, ciekawie i zaskakująco. Brakuje tu trochę do perfekcji, ale jestem ciekaw, co przyniesie ze sobą druga płyta Jona Belliona.

