John Maus – Addendum (2018), recenzja Zuzanny Janickiej

Muzyk, wokalista, autor tekstów piosenek i do tego filozof. Wykładowca tego ostatniego na jednym z amerykańskich uniwersytetów a zarazem były student kierunku “muzyka eksperymentalna” na California Institute of Arts. John Maus nie jest typową gwiazdą estrady. Muzyczny outsider, jak zwykło się go tytułować, nie wahał się po wydaniu dwóch studyjnych płyt przerwać karierę, by skupić się na dalszym kształceniu. Podobnie postąpił po premierze We Must Become the Pitiless Censors of Ourselves (2011 rok), by triumfalnie powrócić sześć lat później.

Znalezione obrazy dla zapytania john maus addendum cover

Tym razem Maus jeszcze mocniej skupił się na uniwersyteckiej karierze, zdobywając tytuł doktora i kończąc swoją przeszło trzystustronnicową pracę Communication and Control. W międzyczasie zainteresował się tworzeniem instrumentów, które wykorzystał na swoim ubiegłorocznym, świetnie przyjętym dziele Screen Memories. A że tak mu po latach tęskno było do nagrywania, to zarejestrował więcej piosenek, niż umieścił na powrotnym krążku. Nie chciał, by odrzuty się zmarnowały, więc zebrał je pod szyldem Addendum. Niby mamy do czynienia z uzupełniającym albumem, ale za to takim, który może spokojnie i zasłużenie figurować jako pozycja w studyjnej dyskografii.

To, co John Maus wyprawia, bardzo ciężko gdziekolwiek sklasyfikować. Na tę jego eksperymentalną, alternatywną wizję muzyki składa się bowiem wiele elementów. Najwięcej jest odniesień do new wave’u, mrocznego synth popu i lat 80., choć – co ciekawe – sam artysta otwarcie przyznaje, że brzmienie tamtej dekady nigdy go nie pasjonowało. Chętnie do tej mozaiki dźwięków dokłada kosmiczne motywy, prezentując nam później kompozycje takie jak Dumpster Baby, wpadające w ucho Outer Space, 1987, I Want to Live czy Running Man. Czasem ma ochotę na coś ostrzejszego, stąd obecność na Addendum wzbogaconych niezbyt szaloną grą takich instrumentów jak gitara czy perkusja utworów Episode, Figured It Out czy napisanego przez samego Ariela Pinka Privacy (najlepsza piosenka na płycie, przywołująca dodatkowo post punkowe klimaty). Nie brakuje i spokojniejszych punktów, choć John nigdy nie był zainteresowany nagrywaniem klasycznych ballad, nadając swoim elektroniczną, futurystyczno-vintage’ową formę (Middle Ages, Mind the Droves, Second Death). Wszystkie kompozycje łączy jedno – niski, nieco nawet gburowaty głos Mausa, który nawet nie stara się brzmieć przyjaźnie. Jego śpiew to osobna historia i zarazem kolejny puzzel w tej osobliwej układance, którą nazywamy mausową muzyką. Dreszcze przechodzą po plecach, robi się niepokojąco zimno. Ciężko pozostać obojętną, nawet gdy sam artysta nie należy do najbardziej emocjonalnych muzyków, który do swych tekstów podchodzi na chłodno.

Słuchając Addendum nie do końca chce mi się wierzyć, że wszystkie te nagrania powstały podczas prac nad Screen Memories. Chociaż obie płyty celują w podobne brzmienia, delikatnie różni się ich klimat i tematyka. Tegoroczne wydawnictwo Johna Mausa jest albumem odrobinkę jaśniejszym i poruszającym lżejsze tematy. W porównaniu do Screen Memories nie ma tu tylu apokaliptycznych motywów. Zastąpiła je spora dawka ironii i absurdów. Wciąż jest jednak podobnie melancholijnie, tajemniczo i mrocznie, przez co – pisząc w dużym uproszczeniu – do twórczości Amerykanina pasowałoby określenie gothic synth pop. Jeśli więc szukacie wokalisty, który was zaskoczy czy nawet nieco przerazi, John Maus będzie jak znalazł.

Czytaj również