Podwójna dawka muzycznego kunsztu. John Legend – Legend (2022), recenzja

Inne recenzje

Myślę, że tego Pana nie trzeba bliżej przedstawiać. Większość z nas, przynajmniej w małym stopniu kojarzy kim jest Jonh Legend. Ten znany i ceniony amerykański kompozytor, tekściarz, wokalista i muzyk w jednym na początku września wydał swój ósmy studyjny o bardzo „oryginalnym” tytule Legend. Jest to dość duża dawka muzyki, biorąc pod uwagę, że jego ostatni album Bigger Love ukazał się nie tak bardzo dawno, bo w 2020 roku. Użyłem słowa duża, gdyż John uraczył swoich fanów aż 24 nowymi utworami.

Sam krążek jako całość został podzielony na dwie odrębne części, które są po prostu na 2 różnych płytach nazwanych Act 1. i Act 2. Odrębne ma tu znaczenie, gdyż ten podział jest również na tle historii opowiadanej w utworach, a także ma przełożenie na ich klimat. Zresztą samo rozłożenie muzyki na tak dużą ilość piosenek, pozwoliło Legendowi na większą swobodę tworzenia i zabawę muzyką. Jest tu zdecydowanie więcej funkowego brzmienia niż na jego poprzednich albumach. Ta dodatkowa przestrzeń daje pole do sięgania głębiej w sferze inspiracji, jak i otwartości na dźwięki, brak obaw o jakieś rysy na wizerunku. John do współpracy przy płycie zaprosił dużą ilość gości. Swojego głosu użyczyli m.in Saweettie, Rick Ross, Ty Dolla $ign, czy Jazmine Sullivan.

Na opisanie odczuć ze słuchania każdego utworu zabrakło by miejsca i czasu, a nie sztuką jest też przynudzać czytelnika, dlatego postanowiłem skupić się na kliku wybranych. Dokładniej na tych, które wpadły mi w ucho. Zacznijmy zatem od płyty nr 1, która w zamyśle opowiada słuchaczowi o pożądaniu, zmysłowości, seksualności, ogółem o czasie nocnej zabawy. Splash, to ciekawa kolaboracja z Jhene Aiko oraz Ty Dolla $ign. Głos Jhene w refrenach jest po prostu zniewalający, delikatna barwa, która się rozpływa. Uroku dodają szarpane dźwięki gitary, pojedynczo grane akordy z nałożonym efektem delay, który je wydłuża. Równie dobre jest Guy Like Me. Podoba mi się wstęp do pierwszej zwrotki, dość nietypowo zrobiony. Sporo funkowego i soulowego brzmienia. Do tego okraszone sekcją dętą. Wokal Johna brzmi tu idealnie, zdecydowanie jego klimaty i ten falsecik. Dopełnieniem jest prosta, ale soczysta solówka gitary.

Rounds, które wprowadza słuchacza w tę muzyczną ucztę, również jest warte polecenia. Co prawda od strony muzycznej nie jest mocno pociągające, to ma w sobie coś hipnotyzującego. Za jego klimat odpowiada w głównej mierze świetna warstwa melodyczna. Kompozycją zmysłową jak Splash jest Waterslide. Ten utwór jednak jest w nieco innym stylu, zmysłowości dodaje ścieżka wokalna artysty, znów pojawiają się świetnie tu pasujące dęciaki. W kategorii tajemniczość i zaskoczenia wygrywa Fate nagrane z Amber Mark. Utwór nasycony subtelnymi dźwiękami, wokalizami, jego klimat przypomina mi bardziej orientalne brzmienia. Głosy pięknie się dopełniają, jest to na pewno swego rodzaju perełka! Moim faworytem w tej części albumu jest jednak All She Wanna Do. Legend nagrał dwie wersje – solo oraz z udziałem Saweetie. Do gustu przypadła mi zdecydowanie bardziej ta druga. Chociaż się nie zapowiadało, to jest to bardzo wpadająca w ucho piosenka. Taki trochę radiowy song. Co prawda rapowana zwrotka pozbawia w pewien sposób uroku, jednak w zamian daje genialny flow i zwrot akcji. Jak widać John nie boi się eksperymentów, za co muszę go docenić. Z początku, myślałem, że będzie to coś ponurego, jednak w trakcie mamy dużo akcji, fajnie brzmiący funkowy bas, to tego klawisze i bit w rytmie disco, genialne! Byłbym zapomniał, polecam Wam także Dope, mówiąc w skrócie majstersztyk muzyczny, jak i klimatyczny.
W założeniu druga część albumu miała być poświęcona sferze intymnej, nieco bardziej stonowana i wyciszona. To także metaforyczny efekt i skutki wydarzeń z pierwszej części. Czyli czas uzdrowienia po ciężkiej nocy i czasie. Otwiera go piękne Memories. Od pierwszych dźwięków da się wyczuć soulowy klimat, pięknie i swobodnie płynące dźwięki gitary akustycznej. W tel słyszymy także sekcję instrumentów smyczkowych, możemy się powoli rozpływać. Wonder Woman jest utworem specjalnym dla Johna, to muzyczny hołd dla kobiet obecnych w jego życiu. Okrojony skład muzyczny, prym wiedzie tu świetnie brzmiąca gitara, z czasem zaczynają się pojawiać instrumenty towarzyszące, jednak wciąż tworzą tylko tło. Wokal artysty w refrenach sięga do dźwięków, które z pewnością poruszą nie jednego słuchacza. Bardzo przyjemnie się tego słuchało. Nieco mniej, a w zasadzie wcale do gustu nie przypadło mi Honey z Muni Long, pozycja do zapomnienia. W klimat relaksu dobrze wpisuje się I Want You To Know. Podczas odsłuchu poczułem się niczym na piaszczystej plaży pod palmą dającą nieco cienia w upał. Rytmy zbliżone do reggae pojawiają się również w Speak In Tongues, w którym do Johna dołączyła Jada Kingdom.

Mocnym utworem i bardzo mrocznym jednocześnie jest The Other Ones. Legend daje nam to, co najlepsze, czyli kunszt muzyczny. Intrygujące dźwięki klawiszy, przeszywające brzmienie skrzypiec, do tego nieco rapowane zwrotki – zaskakujące i świetne w jednym. Jeden z moich faworytów drugiej płyty. Końcówka bardzo mocno zwalnia z tempa i jest już zdecydowanie bardziej stonowana i melancholijna od reszty. Hamowanie zaczyna się właśnie od wspomnianego przeze mnie faworyta, dalej jest już tylko spokojniej. Nie znaczy to jednak, że gorzej. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Postawienie na tak duży album było pewnego rodzaju ryzykiem. Po pierwsze, nie każdy słuchacz lubi tak długie płyty, bywa niekiedy, że 11-12 utworów bywa dla nas męczące. Drugą kwestią jest to, że przy takiej liczbie utworów łatwo o to, by powinęła się noga i poszło to w inną stronę niż ogólny szkic i zarys płyty. Na szczęście w tym wypadku w moim odczuciu plan się udał. Da się wyczuć znaczące różnice klimatów pomiędzy pierwszą, a drugą płytą. Do mnie bardziej przemawia jednak ta bardziej zmysłowa i zabawowa część. W zasadzie, można je sobie podzielić do słuchania w sposób, który rysuje nam autor. W sobotni wieczór zasiąść do odsłuchu ACT 1, a w niedzielne popołudnie do ACT 2. Nie miałem jakichś specjalnych oczekiwań przed odsłuchem tego krążka. Jestem na pewno bardzo zadowolony z poziomu muzycznego, jak i warstwy tekstowej, które miałem przyjemność usłyszeć. Legend może być dumny z tego, co zaprezentował na tym albumie swoim fanom i z tą opinią pozostawię Was przed odsłuchem na własną rękę.

John Legend - Legend
  • Data premiery: 09 09 2022
  • Single:
Najlepsze utwory: All She Wanna Do, Guy Like Me, The Other Ones
Najsłabsze utwory:


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Sebastian Torbicz
Sebastian Torbicz
Muzykolog, absolwent KULu w Lublinie. W wolnych chwilach lubi słuchać Bon Jovi, Delty Goodrem, muzyki francuskiej i wielu innych artystów. Ulubione gatunki to rock i pop. Otwarty na poszukiwanie i odkrywanie nowości w muzycznym świecie. Prywatnie muzyk samouk.

Czytaj również

Myślę, że tego Pana nie trzeba bliżej przedstawiać. Większość z nas, przynajmniej w małym stopniu kojarzy kim jest Jonh Legend. Ten znany i ceniony amerykański kompozytor, tekściarz, wokalista i muzyk w jednym na początku września wydał swój ósmy studyjny o bardzo "oryginalnym" tytule Legend....Podwójna dawka muzycznego kunsztu. John Legend - Legend (2022), recenzja