Myślę, że tego Pana nie trzeba bliżej przedstawiać. Większość z nas, przynajmniej w małym stopniu kojarzy kim jest Jonh Legend. Ten znany i ceniony amerykański kompozytor, tekściarz, wokalista i muzyk w jednym na początku września wydał swój ósmy studyjny o bardzo „oryginalnym” tytule Legend. Jest to dość duża dawka muzyki, biorąc pod uwagę, że jego ostatni album Bigger Love ukazał się nie tak bardzo dawno, bo w 2020 roku. Użyłem słowa duża, gdyż John uraczył swoich fanów aż 24 nowymi utworami.
Sam krążek jako całość został podzielony na dwie odrębne części, które są po prostu na 2 różnych płytach nazwanych Act 1. i Act 2. Odrębne ma tu znaczenie, gdyż ten podział jest również na tle historii opowiadanej w utworach, a także ma przełożenie na ich klimat. Zresztą samo rozłożenie muzyki na tak dużą ilość piosenek, pozwoliło Legendowi na większą swobodę tworzenia i zabawę muzyką. Jest tu zdecydowanie więcej funkowego brzmienia niż na jego poprzednich albumach. Ta dodatkowa przestrzeń daje pole do sięgania głębiej w sferze inspiracji, jak i otwartości na dźwięki, brak obaw o jakieś rysy na wizerunku. John do współpracy przy płycie zaprosił dużą ilość gości. Swojego głosu użyczyli m.in Saweettie, Rick Ross, Ty Dolla $ign, czy Jazmine Sullivan.
Na opisanie odczuć ze słuchania każdego utworu zabrakło by miejsca i czasu, a nie sztuką jest też przynudzać czytelnika, dlatego postanowiłem skupić się na kliku wybranych. Dokładniej na tych, które wpadły mi w ucho. Zacznijmy zatem od płyty nr 1, która w zamyśle opowiada słuchaczowi o pożądaniu, zmysłowości, seksualności, ogółem o czasie nocnej zabawy. Splash, to ciekawa kolaboracja z Jhene Aiko oraz Ty Dolla $ign. Głos Jhene w refrenach jest po prostu zniewalający, delikatna barwa, która się rozpływa. Uroku dodają szarpane dźwięki gitary, pojedynczo grane akordy z nałożonym efektem delay, który je wydłuża. Równie dobre jest Guy Like Me. Podoba mi się wstęp do pierwszej zwrotki, dość nietypowo zrobiony. Sporo funkowego i soulowego brzmienia. Do tego okraszone sekcją dętą. Wokal Johna brzmi tu idealnie, zdecydowanie jego klimaty i ten falsecik. Dopełnieniem jest prosta, ale soczysta solówka gitary.
Mocnym utworem i bardzo mrocznym jednocześnie jest The Other Ones. Legend daje nam to, co najlepsze, czyli kunszt muzyczny. Intrygujące dźwięki klawiszy, przeszywające brzmienie skrzypiec, do tego nieco rapowane zwrotki – zaskakujące i świetne w jednym. Jeden z moich faworytów drugiej płyty. Końcówka bardzo mocno zwalnia z tempa i jest już zdecydowanie bardziej stonowana i melancholijna od reszty. Hamowanie zaczyna się właśnie od wspomnianego przeze mnie faworyta, dalej jest już tylko spokojniej. Nie znaczy to jednak, że gorzej. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.
Postawienie na tak duży album było pewnego rodzaju ryzykiem. Po pierwsze, nie każdy słuchacz lubi tak długie płyty, bywa niekiedy, że 11-12 utworów bywa dla nas męczące. Drugą kwestią jest to, że przy takiej liczbie utworów łatwo o to, by powinęła się noga i poszło to w inną stronę niż ogólny szkic i zarys płyty. Na szczęście w tym wypadku w moim odczuciu plan się udał. Da się wyczuć znaczące różnice klimatów pomiędzy pierwszą, a drugą płytą. Do mnie bardziej przemawia jednak ta bardziej zmysłowa i zabawowa część. W zasadzie, można je sobie podzielić do słuchania w sposób, który rysuje nam autor. W sobotni wieczór zasiąść do odsłuchu ACT 1, a w niedzielne popołudnie do ACT 2. Nie miałem jakichś specjalnych oczekiwań przed odsłuchem tego krążka. Jestem na pewno bardzo zadowolony z poziomu muzycznego, jak i warstwy tekstowej, które miałem przyjemność usłyszeć. Legend może być dumny z tego, co zaprezentował na tym albumie swoim fanom i z tą opinią pozostawię Was przed odsłuchem na własną rękę.
- Data premiery: 09 09 2022
- Single:
