Jedźcie do Pragi, będzie taniej. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Jeżeli dobrze pamiętacie, tydzień temu dokładnie wyliczyłem, ile kosztowałoby mnie wybranie się na trzy koncerty w okresie wakacji. Selekcja ta była subiektywna i wybrałem dwudniowy karnet na Open’era, wyjazd do warszawy na AC/DC oraz podróż do Rybnika na Linkin Park. Wyszło prawie 1500 zł. Suma ta dla piłkarzy i ich żon nie jest wysoka, jednak nie jestem kopaczem, ani tym bardziej jego żoną, więc wydatki te byłyby nie na moją kieszeń. Kończąc swój wywód, obiecałem Wam przedstawienie pomysłu, co należałoby zrobić, by koszta te stały się niższe niż obecnie. Z kilkunastu irracjonalnych myśli wybrałem te, które byłyby najbardziej możliwe do zrealizowania.

Zacznę od kwestii, której zredukować się raczej nie da – kosztów podróży i noclegu. Ceny w tym segmencie są w miarę stałe, a jeżeli się zmieniają, to idą tylko i wyłącznie w górę. Dlatego radziłbym Wam odpuścić sobie krajowe koncerty i spojrzeć na sąsiadujące z nami państwa. Zwłaszcza Czechy.

Polskim Busem do Pragi dojedziecie za jakieś 100 złotych w jedną stronę, czyli trzeba liczyć, że na samą podroż wydacie 200 zł. To więcej, niż na polskie kursy, ale to jedyny wyższy wydatek. Reszta jest zdecydowanie tańsza. Kilka lat temu wraz ze znajomymi pojechałem na koncert Green Day’a do Pragi. Z początku byłem niechętny na ten wyjazd, bo wydawało mi się, że wydam na niego krocie. Rzeczywistość okazała się diametralnie inna.

Podróż wyniosła mnie nieco ponad 200 zł. Ale dalej było już tylko lepiej. Bilet do strefy Golden Circle, w przeliczeniu na złotówki, kosztował 150 zł. U nas takich stawek się kompletnie nie spotyka. Gdy grupa Billiego Joe Armstronga koncertowała w 2013 roku w Łodzi, za wejściówkę pod sceną płaciłem nieco ponad 250 zł, czyli stówkę więcej. W tym momencie większe wydatki za transport się równają. A potem jest już tylko taniej.

Za jedną noc w hostelu mieszczącym się przy praskim rynku płaciłem w przeliczeniu 30 zł. W Polsce to nawet za nocleg w chlewni ze świniami trzeba by wyłożyć minimum pół stówki. A warunki były naprawdę porządne. Minusem okazała się tylko wspólna łazienka z sąsiednim pokojem, w którym mieszkało dwóch Koreańczyków (raz jeden z nich wszedł do pomieszczenia, gdy akuratnie stałem pod prysznicem. Sytuacja okazała się dosyć niezręczna, a gdy później mijaliśmy się na korytarzu, udawaliśmy, że się nie znamy). W cenie było też śniadanie. Jak to mawiają dyskotekowi gawędziarze – full wypas.

Dlatego na ten moment jedyną alternatywą na wysokie ceny koncertów w Polsce jest jeżdżenie na nie za granicę. W znacznej części wyjdą one taniej, niż tułaczka po krajowych hostelach czy hotelach. Czasem zdarzy się, że koszta będą identyczne jak u nas, ale przynajmniej odwiedzimy nowe miasto. A Praga, tak nawiasem, jest przepiękna.

Moim drugim pomysłem było stworzenie ogólnoeuropejskiej ustawy, w której zapisano by maksymalną kwotę, jaką któryś z organizatorów koncertu mógłby zaproponować danemu artyście. Stawki te byłyby, w zależności od rejonu, różne. Należałoby je ustalić przy pomocy rozmaitych wskaźników, np. PKB na jednego mieszkańca, czy płacy minimalnej „na rękę”.

Można by też  podejść do sprawy zero – jedynkowo i wyliczyć: ile w danym państwie, za średnią cenę biletu na koncert zagranicznej gwiazdy, można zakupić wejściówek za najniższą krajową stawkę. Wtedy byłoby jasne, kogo stać na wyłożenie większych pieniędzy, a kogo nie. Pomysł ten uważam za całkiem fajny, ale niestety niesie za sobą pewne ryzyko. Obawiam się, że jeżeli największe gwiazdy nie otrzymałyby ustalonych przez siebie kwot, to przestałyby przyjeżdżać do Polski, pokazując nam wielki środkowy palec.

Cytując Metallicę: sad but true.

Czytaj również