James Vincent McMorrow – We Move (2016), recenzja Piotra Krajewskiego

0
168

Irlandczyk zasłynął z tworzenia ładnego, bardzo przyjemnego dla ucha folku. Taki był jego debiutancki album – pełen gitary akustycznej, fortepianu i delikatnego wokalu. Druga płyta pokazała, że James ma dużo więcej do powiedzenia muzycznie. Post Tropical wypełniły nie tylko spokojne dźwięki, ale także mocniejsze momenty, a muzyka chwalono za zgrabne eksperymentowanie. Nie obyło się bez porównań do Bona Ivera czy Jamesa Blake’a. Przyszła pora na dzieło numer trzy, czyli najnowsze wydawnictwo We Move.

Nie da się ukryć, że James Vincent McMorrow nie należał nigdy do zbyt śmiałych osób, a jego wcześniejsze albumy najlepiej to obrazują. Utwory z dwóch pierwszych płyt były w większości spokojnymi kompozycjami z przyjemną linią melodyczną, a jeżeli miał się pojawiać jakiś mocniejszy moment na płycie, to na pewno nie trwał długo.

Album We Move można traktować jako sporą niespodziankę, ale ocenianą zdecydowanie w kategoriach pozytywnych. Wystarczy raz przesłuchać całość, żeby zdać sobie sprawę, jak duży dystans dzieli najnowsze dzieło od jego poprzedników. To kolejny etap w karierze Irlandczyka i słychać, że zależało mu, aby było to tak mocno odczuwalne. Nie znalazło się tu już miejsce dla folkowych brzmień, a zastąpiła je niezwykła mieszanka różnych gatunków muzycznych. Wracając do porównań, James Vincent McMorrow oddalił się kompletnie od twórczości znanej dla Ivera, a zbliżył się zdecydowanie do muzyki, którą z wielkimi sukcesami realizuje James Blake.

Zostawmy jednak za soba odwołania do innych. Irlandczyk, mimo że jego utwory mają w sobie znane już pierwiastki, nadal jest niezwykle oryginalny i ma dużo do powiedzenia – wystarczy zapoznać się z warstwą tekstową We Move. Jak sam przyznał, najnowszy album jest jego najbardziej szczerym oraz wyrazistym dziełem. McMorrow nie obawia się tutaj poruszać trudnych kwestii. Mierzy się w tekstach ze swoimi teraźniejszymi i dawnymi lękami: fobią społeczną, zaburzeniami odżywiania czy brakiem odwagi. Idzie do przodu z doświadczeniami, porzucając po drodze te, których już nie chce pamiętać.

Krążek otwiera zaskakujący pierwszy singiel Rising Water. Takiej różnorodności gatunkowej chyba nie miała dotąd żadna piosenka McMorrowa. Pomimo dość spokojnego tempa, dzieje się tu naprawdę dużo. Główna linia melodyczna jest niezwykle wyrazista, a połączenie elektronicznej perkusji, synthpopowych elementów rodem z lat 80. i fortepianu daje piosence tak wiele oryginalności. Tyle wszystkiego, ale nic tu nie przeszkadza, nic się nie gryzie. Bardzo dobrze wyprodukowany utwór, który idealnie spełnia swoją rolę jako piosenka otwierająca nowy album.

I Lie Awake Every Night to dużo lżejsza oraz spokojniejsza kompozycja, ale przeładowana emocjami. Falset Jamesa buduje tutaj tak delikatne obrazy, że szybko tworzy się niezwykle sensualny i relaksujący klimat.

Trzecia płyta Irlandczyka jest zdecydowanie bardziej surowa oraz bogatsza w dźwięki. Kompozycje One Thousand Times, Evil czy Seek Another pokazują, że James – pomimo podjęcia dużego ryzyka i decyzji o zmianach we własnej muzyce – brzmi w nieznanym dotąd dla siebie repertuarze naprawdę pewnie. Czuje się, jakby tworzył takie utwory od przynajmniej kilkunastu lat. Współpracujący z nim producenci, jak chociażby Nineteen85 (Drake), Two Inch Punch (Years & Years, Sam Smith), Frank Dunes (Rihanna, Kanye West), odwalili kawał dobrej roboty. Łączenie kilku gatunków jednocześnie nie zawsze przynosi dobre rezultaty, ale tutaj jednak wszystko „pykło”. W wielu momentach synthpop spotyka się z r&B i soulem. Mieszanka wybuchowa? Takich muzycznych eksplozji świat muzyki na pewno potrzebuje.

Na We Move znalazła się jedna wyjątkowa perełka, która wybija się ponad resztę i stanowi prawdziwy filar płyty. Utwór Get Low jest tak dopracowany, że zachwycił mnie już od pierwszych dźwięków, stając się zdecydowanie jednym z moich ulubionych kawałków tego roku. Czegoś takiego nie spodziewałem się w repertuarze irlandzkiego artysty. Za sam instrumental dałbym tej kompozycji kilka nagród. Zachwycający jest moment refrenu, gdy spokojniejszą melodię wypełnia głęboki beat z gitarowym riffem w tle.

Kilka kroków do przodu. Album ten to zdecydowanie najdojrzalsze dzieło Jamesa Vincenta McMorrowa. Irlandczyk rzucił się tym razem na głęboką wodę. Jak się okazało, wcale nie potrzebował kół ratunkowych. Muzycznie ewoluował. Artysta wraz z We Move dotyka nowych i dalekich terytoriów, a jego subtelny wokal sprawia, że uderzenie jest jeszcze mocniejsze. Można bać się radykalnych zmian, ale życie pokazuje, że warto podjąć ryzyko. James odważył się, a my możemy podziwiać transformację w najlepszym wydaniu.