Nowa płyta Jamesa Blake’a pojawiła się nagle i niespodziewanie. Również nagle i niespodziewanie okazało się, że zawiera ona aż siedemnaście utworów. Przyznaję, że z początku pomyślałem: siedemnaście utworów to chyba jednak za dużo, bo przecież lepiej pozostawić niedosyt niż całkowicie nasycić słuchacza. Ale z początku nie wiedziałem o jednej ważnej rzeczy – jest to jedna z najlepszych płyt bieżącego roku i stwierdzam to z pełną świadomością tego, że dopiero zbliżamy się do jego półmetka.
Późnym wieczorem, 5 maja James Blake ogłosił, że dokładnie o północy ukaże się w Internecie jego trzecia płyta zatytułowana The Colour in Anything – kilka dni później płyta była już dostępna w wersji fizycznej. Premiera trzeciej płyty – po dwóch wspaniałych – wzbudziła niemałe zamieszanie. Dlaczego? Dlatego, że zapowiadana była już od długiego czasu (łącznie z tytułem, który okazał się inny niż głosiła oficjalna wersja). Dlatego, że wokalista ogłosił rozpoczęcie prac nad nią już kilka lat wstecz. Dlatego, że znaliśmy już kilka utworów z tego krążka i dlatego, że to po prostu James Blake – jeden z najzdolniejszych artystów muzyki elektronicznej na świecie.
Album otwiera utwór Radio Silence, którego tytuł pierwotnie miał być również tytułem płyty. Jest to bardzo mocne otwarcie nasycone dźwiękami elektroniki, wielowarstwowymi wokalami, świetną linią melodyczną. Utwór ten, choć jest jednym z singli, opublikowany został dopiero 5 maja. Również tego dnia opublikowane zostały dwa inne single – My Willing Heart i I Need a Forest Fire. Pierwszy utwór z tejże dwójki to zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji albumu. To esencja Jamesa Blake’a – genialna w swym smutku linia melodyczna, prosty bit, klawisze, rozpoczynający przesterowany wokal i ten późniejszy – momentami bardziej, momentami mniej intensywny. Natomiast I Need a Forest Fire (nagrany z Bon Iverem) brzmi już bardziej popowo, chociaż ponakładane na siebie wokale nie mogą nie robić wrażenia. Będąc w temacie singli nie sposób nie wspomnieć o dwóch pierwszych, czyli Timeless i Modern Soul. Oba nie odstają od reszty, mało tego – napędzają resztę, a szczególnie Timeless, które pokazuje dobitnie wachlarz możliwości Jamesa Blake w budowaniu ścieżek muzycznych.
Szczególnie chciałbym wyróżnić jeszcze dwie piosenki, a pierwszą z nich jest Choose Me. Wyróżniam ten utwór, mówiąc ogólnie, za całość kompozycji, a gdyby chcieć rozłożyć ten ogół na czynniki pierwsze – za idealne dobranie środków, rozłożenie sił, za genialne przestery, za rozpaczliwe momenty wokalne. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu, tutaj nie ma nawet ułamka sekundy, który byłby słabszy! I drugi utwór, o którym muszę wspomnieć, zgoła odmienny od poprzedniego, to zamykający Meet You In The Maze. Jest to idealny przykład jak niewiele potrzeba, by stworzyć dzieło – przecież wystarczy tylko głos i komputer. Lepszego zamknięcia nie wyśniłbym w najśmielszych snach.
Co jeszcze usłyszymy na The Colour in Anything? Dwa utwory skomponowane jedynie na fortepian – f.o.r.e.v.e.r. oraz piosenka tytułowa. Dwa utwory, w moim mniemaniu najsłabsze (co nie znaczy, że zupełnie nieudane) – Two Men Down oraz I Hope My Life. Pierwszy jest trochę za bardzo popowy a za mało Blake’owy. Drugi jest bardziej energiczny od reszty, ale ten główny motyw elektroniki jakoś nie do końca pasuje w miejscu, w którym się znajduje – jest trochę męczący. Warto jeszcze zatrzymać się na dłużej przy transowym Points. Koniecznie trzeba pochylić się nad wzruszającym Love me in whatever way – to też jedna z lepszych propozycji. Always po raz kolejny czaruje zabawami z wokalem, Waves Know Shores urzeka minimalizmem, a dwie pozostałe piosenki – Noise Above Our Heads i Put That Away and Talk to Me – mimo że oparte na sprawdzonych zagrywkach, kołyszą, zachwycają, wręcz rozbrajają i każą pochylić nisko głowę nad kunsztem Jamesa Blake’a.
Kto by się spodziewał tak obszernego dzieła? Pewnie niewielu. Kto by się spodziewał tak dobrego dzieła? Pewnie wielu. Do Jamesa Blake’a przekonywałem się jakiś czas, ale gdy już się przekonałem, zachłysnąłem się nim bez reszty. To nie tylko kompozytor, tekściarz i wokalista – to wizjoner oraz człowiek z ogromnym zmysłem estetycznym i równie ogromną wrażliwością. I jeszcze jedno – nie znam drugiego muzyka, który by miał tak wielki talent do budowania pięknych melodii, a ponoć to one są jednym z najważniejszych elementów w muzyce. Trzeci album – trzecie dzieło wybitne. Czapki z głów!


