2013 rok obfituje w naprawdę udane debiuty. Wystarczy wspomnieć tu chociażby Arianę Grande, przywołującą ducha starych nagrań Mariah Carey; zespół Imagine Dragons, których elektroniczno-rockowy singiel Radioactive bije na głowę połowę tegorocznych piosenek; czy Lorde, która zachwyca na albumie Pure Heroine. Do grona debiutantów, którzy w ostatnich miesiącach podbili serce niejednego słuchacza zaliczyć można i młodego Brytyjczyka, Jamesa Arthura.
W mojej świadomości artysta pojawił się znikąd. Usłyszałam jego przebój Impossible, który zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Chwilę później James już atakował nas muzyczną petardą – You’re Nobody 'Til Somebody Loves You. Skąd w ogóle wziął się Arthur? Wygrał dziewiątą edycję brytyjskiego X-Factora. A jak powszechnie wiadomo, program ten otwiera nie tylko zwycięzcom, ale i zwykłym uczestnikom drogę do sławy. I to takiej wykraczającej poza ramy Wielkiej Brytanii, czego doskonałym przykładem jest James Arthur.
Jaką muzykę wykonuje ten wokalista? Chyba najbliższe prawdy jest stwierdzenie, że piosenki Jamesa łączą w sobie szlachetny pop, pop rock oraz elementy r&b. Ozdobą piosenek jest głos Arthura. Posiada ciepłą, niesamowicie przyjemną barwę. Podoba mi się to, jak steruje swoim wokalem, przez co radzi sobie dobrze zarówno w szybkich, mocnych kawałkach typu Lie Down oraz kołyszących piosenkach, które pasowałyby i do Justina Timberlake’a (New Tattoo).
Podchodzę dość sceptycznie do programów talent show. Moim zdaniem pokazują ludziom, że wystarczy śpiewać cudze kompozycje, by zostać gwiazdą muzyki. Przykładem tego jest kolega Jamesa z dziewiątek edycji X-Factora – Jahmene Douglas. Jego debiutancki krążek Love Never Fails składa się z samych coverów. Jednak o ile ciekawiej słuchać autorskich utworów! Cieszę się, że James brał czynny udział w pisaniu tekstów. Tylko jedna piosenka na James Arthur nie wyszła spod jego pióra. Jest nią Impossible, które w oryginale wykonuje Shontelle. Za produkcję debiutanckiego krążka wokalisty odpowiadają takie sławy jak Salaam Remi (pomagał Amy Winehouse przy genialnym Back to Black), Naughty Boy oraz team TMS, którzy współpracowali m.in. z Little Mix, Ollym Mursem i Emeli Sande.
Wielką sławę przyniosły Jamesowi oba single: Impossible oraz You’re Nobody 'Til Somebody Loves You. Pierwszy z nich to pełna mocy i emocji ballada. Drugi kawałek pokazuje nam mniej liryczną stronę Arthura. Jak widać (a może raczej słychać) single, którymi promuje swój debiut artysta różnią się od siebie. I taki właśnie jest ten album. Z jednej strony mamy szybkie, pop rockowe kompozycje, z drugiej subtelne ballady.
Do pierwszej kategorii zaliczyć możemy Get Down, które przywodzi mi na myśl muzykę lat 90. Piosenka odznacza się bogatą aranżacją. Zwrotki są surowe, w refrenie zaś dochodzą smyczki. Pod koniec do Jamesa dołącza chórek gospel. Nie za dużo wrażeń jak na jeden utwór? Bardziej od Get Down podoba mi się zadziorne Lie Down. Utwór Recovery, choć na początku brzmi jak Impossible, do końca balladą nie jest. Piosenka powoli się rozkręca i już pod koniec mamy wrażenie, że przez te cztery minuty przeleciało nam kilka różnych kawałków. Z jednej strony jest to coś ciekawego, nie często spotykanego. Z drugiej nie miałabym nic przeciwko, gdyby James porzucił eksperymentowanie z elektroniką. Dużo lepiej wychodzą mu w końcu piosenki w stylu kołyszącego, nieco jazzowego Smoke Clouds. Samego siebie jednak James przeszedł w zamykającym krążek nagraniu Flyin’. Co w tej piosence jest takiego zaskakującego oprócz tego, że trwa nieco ponad minutę? Arthur postanowił wcielić się w… rapera! I wyszło mu to niesamowicie.
Bardzo byłam ciekawa ballady zatytułowanej Roses. A to dlatego, że obok Jamesa usłyszeć w niej możemy Emeli Sande. Nie jestem może jakąś wielką jej fanką, ale niezwykle Emeli cenię i szanuję. Na utworze Roses się nie zawiodłam. Jest nie tylko pięknie zaśpiewany przez oboje artystów, ale brawa należą się również twórcom samej melodii – cudownej, eleganckiej, klasycznej. W podobnym, równie udanym Certain Things pojawia się duet wokalny Chasing Grace. Kiedy słucham spokojnego, popowo-rhythm’and’bluesowego Suicide, przed oczami staje mi John Legend. Poprawna piosenka, która jednak większego wrażenia na mnie nie robi.
Zanim sięgnęłam po debiutancki album Jamesa Arthura obawiałam się, że będzie on nudny i przewidywalny. A tymczasem w każdej piosence znalazłam coś nie tyle ciekawego, co innego. Na James Arthur nie ma dwóch identycznych utworów. Jeśli ktoś waha się, czy zarezerwować sobie czas na tego debiutanta, rozwieję wasze wątpliwości. Warto sięgnąć po jego muzykę. Debiut zaliczył udany. Czy dalej też będzie tak ładnie dopiero zobaczymy.

