Ku niepocieszeniu fanów, będąc u progu jeszcze większej popularności, zespół Scissor Sisters zakończył swoją działalność w 2012 roku. Od tamtej pory, nie pojawił się według mnie nikt równie fantastyczny, kolorowy i dynamiczny, jak właśnie ta nowojorska piątka. Jake Shears, główny wokalista zespołu, po sześciu latach solowego milczenia, wreszcie odważył się na samodzielny muzyczny krok, wydając swój debiutancki krążek i muszę przyznać, że było na co czekać.

Gdy pierwszy raz usłyszałem główny singiel, czyli Creep City, nie byłem jakoś specjalnie podekscytowany tym wydawnictwem, bo choć wydawał mi się całkiem fajny i interesujący, to jednak nie wiązałem z nim jakieś szczególnej przyszłości. W następnej kolejności mogliśmy usłyszeć utwór Sad Song Backwards, który tak naprawdę obniżył moje oczekiwania do absolutnego minimum, ponieważ jest to piosenka bardzo średnia i stosunkowo banalna, biorąc pod uwagę moje wrażenia po przesłuchaniu całego Jake Shears. Co do Big Bushy Moustache, to nie miałem już żadnych wniosków poza tym, że go przesłuchałem i w sumie się nim nie zainteresowałem. No i nadszedł dzień premiery, i co? Oniemiałem, bo dostałem coś zupełnie innego, niż zwiastowały to trzy ww. utworzy, a mianowicie porządny czterdziestopięciominutowy kawałek rocka z dodatkiem country i glam rocka oraz sporej dozy niewymuszonego humoru i zabawy.
Na pewno dużym plusem debiutu Jake’a jest to, że odnosi się do jego korzeni i wie jaką muzykę tworzy się w jego rodzinnych stronach. Arizona to południe Stanów Zjednoczonych, więc muzyka rockowa, nie tylko country, zdaje się być grana tam na porządku dziennym. Zresztą chyba nie muszę wspominać o takich muzykach jak Nate Ruess, Lee Hazlewood, Alice Cooper, Chester Bennington czy Stevie Nicks, który rodząc się w Arizonie, w pewien sposób naturalnie przylgnęli do mniej, lub bardziej rockowych brzmień.
Wracając, Shears na swoim debiucie dołożył do tego klasycznego rocka trochę tego efekciarstwa, blichtru i burleski wprost z nierzadko kiczowatych nocnych klubów Nowego Yorku i w ten oto sposób otrzymaliśmy Jake Shears. Co ciekawe to właśnie same melodie są najmocniejszą stroną tego krążka, co oczywiście nie oznacza, że śpiew czy teksty Jake’a są złe, po prostu nie zapadają tak bardzo w pamięć jak właśnie te charakterystyczne glam rockowe melodie.
Najbardziej „przebojowym” utworem rzeczywiście jest singlowy Creep City i w stosunku do całego krążka świetnie wpasowuje się w jego treść. Z innych bardziej tanecznych kompozycji mogę polecić S.O.B. (Sex On Brain), które poza wspomnianym singlem najmocniej odsłania szalony i frywolny charakter Shears’a jako wokalisty i artysty. Jeśli natomiast jesteście fanami bardziej awangardowych brzmień mogę wskazać na The Bruiser, które jest najmroczniejszym utworem na całym Jake Shears, niepokojąc słuchacza swoją perkusją oraz gitarowymi riffami. Ciekawym posunięciem jest również Palace In The Sky, które zdaje się czerpać pełnymi garściami z twórczości Davida Bowiego, zresztą jak cały krążek, którego okładka zdaje się również do niego nawiązywać poprzez płytę The Man Who Sold The World, oraz kompozycji Where Are We Now?, choć z pewnością nie jest jego kopią. Co do minusów, to w istocie ich brak, choć poza banalnym Sad Song Backwards, średnio według mnie wypadły ballady Everything I’ll Ever Need oraz All For What, z czego ten pierwszy i tak całkiem jest całkiem przyjemny, choć nie tak porywający jak reszta tej płyty.
Czy Jake Shears rzeczywiście potrzebował aż sześciu lat na stworzenie swojego debiutanckiego krążka jaki znamy dziś? Najwidoczniej tak i nie mam mu tego za złe, choć oczywiście byłoby miło usłyszeć ten krążek zdecydowanie wcześniej. Tak, czy inaczej, Jake Shears to bardzo przyjemne doświadczenie, które rzeczywiście pokazuje jego autora jako piosenkarza o szerokich muzycznych zainteresowaniach, które pod wpływem ciężkiej pracy, tworzą coś naprawdę intrygującego i dobrze zapowiadającego przyszłość Jake’a Shearsa na scenie.
