No tego to się nie spodziewałem. Myślałem, że rumuńska wokalistka Inna już po pierwszym krążku zostanie zapomniana i nie nagra już nowej muzyki. A tu proszę – Party Never Ends to trzeci krążek piosenkarki. No więc, zaskoczyła mnie samym jego wydaniem. A zawartością? Niestety nie.
Znam jej debiut Hot. O ile zwykle słucham płyty kilka razy, żeby wyrobić sobie o niej zdanie, o tyle ten album odłożyłem po jednym przesłuchaniu. Gdybym zdecydował się na więcej, musiałbym chyba dzwonić do laryngologa. Do dziś pamiętam niestety nieudane single (takie jak Amazing czy Déjà Vu). Od drugiego krążka Aleksandry (polski odpowiednik dla Inna) wolałem się trzymać z daleka. Piosenki Sun Is Up oraz Club Rocker odstraszyły mnie od niego i pokazały, że nie warto po niego sięgać. Mimo tego Party Never Ends przesłuchałem. I cóż – Inna poniosła porażkę po raz trzeci.
Płytę wypełnia muzyka typowa dla piosenkarki. Mamy więc eurodance, trochę electropopu, dubstepu, a nawet nawiązania do muzyki indyjskiej (INNdiA). Za produkcję odpowiadają czołowi producenci (RedOne, Afrojack) oraz Play & Win, z którymi to Inna związana jest od kilku lat. Nadal jednak nie mogę przeboleć tego, że ona nic a nic się nie rozwija. Od debiutanckiego Hot nie poczyniła żadnych postępów. Piosenki zawarte tutaj niewiele się od tamtych różnią. Ani od tych z I Am the Club Rocker.
Żeby jednak nie było tak do końca negatywnie i przewidywalnie, przyznam, że dwie piosenki mnie zaskoczyły. Pierwsza z nich to wspomniana już INNdiA. Zaczyna się naprawdę ciekawą, przywodzącą na myśl Indie muzyką. Niestety została ona zmieszana z electropopem. W rezultacie otrzymaliśmy nijaki kawałek jakich wiele. Pojawiający się gościnnie Play & Win nie pomagają. Drugie zaskoczenie to Tonight. Nie spodziewałem się, że Inna nagra… cover utworu Alexandry Burke. Pochodzi on z płyty Heartbreak on Hold. Swoją drogą, mimo wielu negatywnych recenzji, ja ten krążek całkiem lubię. Tonight nie należy może do mojej czołówki, ale bardzo podoba mi się mocny głos Burke w tej piosence. Rumuńska wokalistka musi jeszcze dużo poćwiczyć. Brzmi od Alexandry znacznie gorzej. Jakoś się jednak wybroniła. Tonight to najlepszy numer na płycie.
http://www.youtube.com/watch?v=bUY81qFJUk4
A co z resztą? Otrzymujemy m.in. We Like to Party, którego najciekawszą częścią jest chórek ludzi na imprezie; Take Me Down to Mexico, które zawiera elementy muzyki latynoskiej (zmieszane rzecz jasna z dance); J’Adore, które ma w sobie coś z dubstepu. Szkoda tylko, że każdy z tych kawałków jest słaby, wtórny, nijaki. Niczym się od siebie nie różnią. Zawodzi też sama Inna. Gdyby miała dobry głos, może to wszystko inaczej by się potoczyło. Śpiewa niestety słabo. Pogrąża ją też to autotune. Najbardziej razi chyba w Fall in Love/Lie. O pozostałych kawałkach nawet nie warto się wypowiadać. Pójście po najniższej linii oporu.
Tekstowo Inna trochę u mnie zaplusowała. Na poprzednie płyty nie napisała ani jednej piosenki. Tutaj natomiast współtworzyła 9 z 16 kawałków (swoją drogą ta liczba jest zabójcza). Szkoda tylko, że każdy z nich opowiada historię jakiejś płaskiej miłości lub zabawy na imprezie. Rozumiem, że taka muzyka zobowiązuje do głupawych tekstów, ale słuchanie tego może być momentami naprawdę żenujące.
Jak już wspominałem, Party Never Ends to trzecia porażka Innej. Uszy krwawią od autotune, uszy krwawią od koszmarnej, imprezowej rąbanki. Poza tym mam niestety wrażenie, że w kółko słucham tego samego. Cóż – teraz nie pozostaje mi nic innego jak wyrzucenie tego produktu z dysku. Nie warto marnować czasu.


