„Miało być grubo, więc było grubo” – tak w kilku słowach można skomentować to, co działo się piątkowego wieczoru w gdańskim klubie B90. Słowa te usłyszałem od jednego z uczestników koncertu i co prawda po jego stanie wnioskowałem, że nie odnoszą się one tylko do samych koncertów, to jednak ma to odniesienie także jedynie w kwestii występów. Jaki z tego morał?

Raczej żaden, ale każdy może go sobie dopowiedzieć. Póki co słów kilka o rzeczach „naj” tamtej nocy. Tak tak – nocy – bo tańce, hulanki i swawole na terenie postoczniowej hali trwał do godziny 3., więc stosunkowo długo. Jak dla mnie był to spory plus, bo po pierwsze: klimat nocny sprzyja aurze pokoncetowej i długim powrotom do domu, a po drugie – większość dzieci (bo tak należy mówić o najmłodszych uczestnikach tego wydarzenia – 12-13 latkowie) musiała zapewne opuścić lokal do czasu ostatnich wykonawców, więc i atmosfera pod koniec zrobiła się trochę luźniejsza.
Tak więc przechodząc do konkretów, pierwszym wykonawcą podczas festiwalu był Otsochodzi, któremu należy się tytuł człowieka z największym potencjałem. Janek potrafił w naprawdę świetny sposób wprowadzić publikę w stan koncertowy, pomimo że i tak 3/4 z niej przyszła tam dla kogoś innego. Pod sceną było stosunkowo sporo ludzi, więc nie można powiedzieć, że grał on jako typowy support. Kawał dobrego koncertu.
Największy hype wśród publiki miał niewątpliwie raper, który występował tuż przed Quebo. Był nim Taco Hemingway, który jako jedyny z całego line up’u mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że publika była po jego stronie. Ludzie wręcz spijali słowa z jego ust, co najlepiej dało się odczuć podczas awarii sprzętu. Wtedy to tłum zaczął klaskać w rytm piosenki, a sam Taco doskonale odnalazł się na tak ubogiej perce, rapując w ten sposób pół kawałka. W moim odczuciu zabrakło mu jedynie lepszego kontaktu ze słuchaczami, a momentami zdawał się wręcz być przytłoczony ogromem koncertu. To na szczęści jest tylko kwestią treningu i zapewne prędzej czy później artysta przywyknie do takich sytuacji (no chyba, że jest typem człowieka pokroju pani Kasi Nosowskiej ;)
Najmocniejszy rozpi.. akcent tego wieczoru został nam niewątpliwie zaserwowany przez duet artystyczny Quebonifacy, czyli Quebonafide i Krzy Krzysztofa. Fakt – największe tłumy przyciągnął poprzedni wykonawca, ale to właśnie podczas koncertu Wesołej Ekipy publiczność bawiła się najlepiej. Były skoki, był stage diving, było rozstąpienie morza ludzi i bieg przez nie, więc działo się sporo. Poza tym setlista została dobrana w taki sposób, że nie było zbyt wiele miejsca na nudę i zamułkę. Co tu dużo pisać – trzeba samemu przeżyć koncert Que, żeby wiedzieć o co chodzi.
Najbardziej niedocenionym występem był za to koncert Dwóch Sławów, czyli Jarosława i Radosława. Ewidentnie byli oni świadomi tego, że większość ludzi przyszła na Taco (z kogo i czego żartowali sobie po stokroć), więc starali się urzeźbić coś fajnego z tego co mieli. Momentami było ciężko, bo publika nie znała nawet najprostszych hasztagów chociażby z Do ryma, co odcisnęło swoje piętno na jakości koncertu. Chłopaki dwoili się i troili na scenie, rzucali żartami, królikami z kapelusza i innymi orzeszkami, ale to wciąż nie było to. A przynajmniej nie z tym tłumem. Szkoda, bo mimo że koncert i tak był niesamowity, to komunikacja go trochę popsuła. #LudziezpublikiNieSztosy
Najdziwniejszym koncertem okazał się natomiast występ Gedza, a już tłumaczę dlaczego. Bardzo niemrawy początek mocno mnie zniechęcił, ale z tyłu głowy miałem obiecany live band, więc cierpliwie oczekiwałem wejścia muzyków na scenę. No i się nie zawiodłem, bo kiedy tylko zabrzmiały gitary i perkusja, zrobiło się naprawdę przyjemnie. Aranże niektórych kawałków w takiej wersji były czymś niesamowitym, więc świetnie się tego słuchało. Co do samego Gedza, to momentami miałem duże problemy żeby go zrozumieć, niemniej, jak stwierdziliśmy wspólnie z koleżanką, może to i lepiej. Suma summarum był to wysęp na dość dobrym poziomie.
Co do całokształtu imprezy, to poza kilkoma problemami natury techniczno-akustycznej, większych potknięć nie było. Klub B90 bardzo dobrze sprawdził się w roli gospodarza tak wielkiej imprezy, a illegalbreaks – w roli organizatora takowej. Osobiście najbardziej zadowolony byłem z tego, że pierwszy raz brałem udział w rapowych koncertach, na których obsuwa wyniosła mniej niż pół godziny, za co ogromne brawa. No i brawa za cały illest festiwal – oby do następnego!


