iamamiwhoami – bounty (2013), recenzja Sergiusza Królaka

Pomysłowość jest ceniona, zwłaszcza w muzyce. Oglądając historię iamamiwhoami nietrudno nie zauważyć, że jego członkowie mają głowę pełną pomysłów, o czym świadczy chociażby nazwa grupy lub ścieżka dźwiękowa jej najnowszego albumu – bounty. Zawartość drugiej płyty zespołu nie okazała się gorsza od całej jej otoczki.

iamamiwhoami to muzyczny projekt szwedzkiej piosenkarki Jonny Lee i jej długoletniego producenta Claesa Björklunda. W ich repertuarze dominuje alternatywny pop. Pierwszym filmem zamieszczonym przez nich nosił nazwę Prelude 699130082.451322-5.4.21.3.1.20.9.15.14.1.12 (!), który okazał się niekonwencjonalny, oryginalny. Podobnie jak pierwsze single wokalistki – b, o, u-1, u-2, n, t czy y. Chociaż piosenki zostały wydane na przełomie 2010-11 roku, dopiero 3 czerwca 2013 roku ukazały się na drugim albumie o nazwie bounty. Rok wcześniej wydany został kin. Obie zdobyły bardzo przychylne oceny.

Podobnie jak kin, bounty spodobał mi się od razu. Nie musiałem przesłuchiwać wcześniej żadnego utworu, aby płyta mnie zaintrygowała. Spojrzenie na okładkę oraz na listę piosenek (b, o, u-1, u-2 etc.) wystarczyły, bym z miejsca kupił ten album. Zawartość oczarowała mnie jeszcze bardziej. Zaczynając od pierwszego utworu, ze świetnym fortepianem w tle, aż do ostatniego – clump – mamy do czynienia z czymś oryginalnym. Alternatywny electro pop to coś, na co ostatnio jestem szczególnie przychylny i co chłonę. Tym większa moja satysfakcja, że żadna z produkcji na drugiej płycie nie okazała się byle jaka, każda hipnotyzuje dźwiękiem, powala lekko mistycznym wokalem Lee oraz ogólną otoczką, której się nie zapomina. Wszystkie zawierały również przepiękny, dający do myślenie tekst (m.in. b, u-1 czy y).

W większości piosenek dominują elektroniczne dźwięki, a głos Jonny jest jedynie pięknym dodatkiem. Jeden utwór jednak przechylił „szalę ważności” – u-1, który na pierwszym miejscu uwzględnił wokal piosenkarki. Całość brzmiała niezwykle mrocznie, tajemniczo. Podobne odczucia miałem podczas słuchania o. Po prawie półtorej minuty wstępu rodem ze szpitala psychiatrycznego utwór rozwinął się, co lekko wytrąciło mnie z atmosfery intrygi, pewnego rodzaju niebezpieczeństwa i niepewności, w który zostałem wprowadzony. Podobnie było przy słuchaniu y, który na początku wprowadził mnie w stan najwyższego uspokojenia, istnego katharsis, a potem nieco przyspieszył tempo. Trwająca ponad sześć  i pół minuty kompozycja z minuty na minutę rozwijała się coraz bardziej dynamiczna, przepełniona świetnymi elektronicznymi wstawkami. u-2 zostało zachowane w podobnym, wyjątkowym klimacie. Co zaciekawiło mnie najbardziej to to, że jedynym zdaniem pojawiającym się w utworze, i powtarzanym kilkanaście razy, jest You can’t be the knight. 

nieco wyróżniło się spośród innych, od razu skojarzyło mi się z Laną Del Rey. Chociaż za utworami oraz manierą śpiewania tej wokalistki nie przepadam, Lee słuchało mi się z wielką przyjemnością. A różne instrumentalne wstawki jeszcze bardziej mnie uwiodły i uzależniły od piosenki. Ciekawe brzmienia znalazłem też w przedostatnim utworze – , john, który znacznie różnił się od pozostałych ośmiu. Chociaż po czterech minutach czułem lekkie znużenie, nie mogłem wydostać się z sideł tego rodzaju muzyki. Ostatnia piosenka, clump, bez żadnego problemu mogłaby znaleźć się w radiu. Spośród innych okazała się najbardziej komercyjna (ale bynajmniej nie słaba!), głównie ze względu na dużo radiowych brzmień, rytm oraz sposób śpiewania zbliżony do Ellie Goulding, która króluje w rozgłośniach radiowych. Myślę, że Jonny Lee nie byłaby gorsza i szybko znalazłaby fanatyków swojego głosu.

Niebanalność, pomysłowość, niekonwencjonalność, brak schematyczności. Tymi słowami można określić nie tylko najnowszy album projektu iamamiwhoami bounty, ale także pozostałą twórczość duetu Jonny Lee & Claes Björklund. Kontynuacja tego, co znalazłem na debiutanckiej płycie kinzdobyła moje serce, a projektu długo nie zapomnę, jestem tego pewien.

Iamamiwhoami_bounty

Czytaj również