Hurts – Desire (2017), recenzja Justyny Rojek

0
444

Na debiutanckim albumie Happiness skutecznie przywołali ducha lat 80., zyskując na etykietce muzycznego objawienia 2010 roku. Jednak dość szybko potwierdzili, że był to jednorazowy wyczyn, a kolejne płyty stanowiły próby przypodobania się fanom muzyki komercyjnej. Teraz kiedy brytyjski duet Hurts przypomina o sobie za sprawą czwartego wydawnictwa Desire i szokującego teledysku do singla Beautiful Ones, wiele się nie zmienia. Kiedyś ich muzyka broniła się minimalizmem, a od jakiegoś czasu nie przypomina już brzmienia z którego zasłynęli.

Każdy kolejny krążek po Happiness oddala Brytyjczyków od nostalgicznego synth-popu na rzecz bardziej rozrywkowego nurtu. Na czwartym Desire nie jest inaczej, a potwierdza to sam wokalista Theo Hutchcraft: spróbowaliśmy stworzyć wielką popową płytę, (…) kolekcję najlepszych piosenek jakie udało nam się napisać w ciągu roku. Przy okazji samodzielnie zajęli się produkcją i uznali, że nie zaszkodzi, aby liryka była jeszcze bardziej osobista. Co ważne Desire ma być albumem pełnym pasji, bólu i pożądania, a jedyne uczucie jakie wzbudza to politowanie nad poziomem obecnych tam melodii.

Pierwsze przesłuchanie Desire i już wszystko jasne – Theo i Adam po prostu sobie odpuścili i za bardzo uwierzyli we własne – produkcyjne możliwości. Napompowany patosem singiel Beautiful Ones jest chwytliwy, ale jednorazowego użytku. Gdyby nie towarzyszący mu wymowny teledysk o przemocy wobec osób LGBT, powrót panów na muzyczne salony pewnie przeszedłby bez większego echa. Więcej nie uda się także wycisnąć z Ready To Go. Utrzymany w podobnym klimacie szybko-wpadającego w ucho tonu (równie szybko wypadnie), trochę nas pomęczy zaraźliwymi refrenami. I tak sobie myślę, że do powyższej singlowej dwójki Hurts spokojnie mogliby jeszcze dorzucić People Like Us. Utwór w którym dla odmiany zespół kompletnie zapomina o swojej muzycznej tożsamości – nie wiadomo skąd nagle sięgają po reggae – ma potencjał na komercyjne uznanie.

Przy następnych piosenkach, jedyne czego pragnę to jak najszybciej je wyłączyć. W Boyfriend zespół pokusił się o inspirację utworem Kiss legendarnego Prince’a. Przecenił jednak swoje siły, bo funky w takim wykonaniu brzmi co najmniej karykaturalnie. Minimalistyczna kompozycja na fortepian – Chaperone to kolejny przejaw muzycznych zapożyczeń, tym razem jednak pada na Biebera i jego wielki hit Love Yourself. Nie trudno zgadnąć, że brytyjska wersja pozostaje ubogą krewną swojej amerykańskiej odpowiedniczki.

Hurts zgodnie z tytułem nie zapomnieli przemycić w swoich kawałkach trochę sztucznej sensualności. Serwują więc silące się na disco Spotlights, z Theo brzmiącym jakby sam nie wierzył w to co śpiewa, czy pseudo-romantyczne Hold On To Me, w którym słychać wyjątkowo tandetny saksofon. I wreszcie na koniec to czego nie mogli sobie najbardziej odmówić (po tej płycie spokojnie mogą pretendować do miana boysbandu) łzawej ballady o oklepanej tematyce. Magnificent, bo tylko tak mógł brzmieć jej tytuł, na domiar złego posiada wszystkie możliwe upiększacze, które nawarstwiają się i wytracają słuchacza z równowagi. Gdzie się podziały perfekcyjnie partie wokalne Theo z idealnymi w swojej prostocie historiami muzycznymi Adama?

Hurts pozostają nieskruszeni w powielaniu sprawdzonych wzorców z debiutu, za to po raz kolejny próbują nam przeforsować swoją popową ambicję. Jednak skoro drugi i trzeci album w takiej stylistyce nie wypalił to chyba z czwartym (w zbliżonej konwencji) będzie podobnie. Na tę chwilę pozostaje tylko czekać na lepsze – melancholijne, lecz przebojowe i mniej mainstreamowe czasy. Kiedy dwóch panów z Manchesteru mrocznym romantyzmem zarażało publikę w małych klubach, bez siłowania się z aktualnymi trendami.