Debiutował 12 lat temu dzięki wygranej w talent show. Został pierwszym Australijskim Idolem, a w swoim dorobku ma już 7 płyt. Obdarzony niesamowitą charyzmą, głosem a przede wszystkim dobrze prezentujący się na żywo artysta, którego kilka miesięcy temu podziwiała Europa na Eurowizji w 2014 roku wydał ostatni album Madness. Dopiero po Konkursie otrzymaliśmy możliwość odsłuchu tegoż krążka również w Polsce. Pomyślałam, „Fajnie byłoby napisać kilka słów na temat dzieła„. No to cała dyskografia w słuchawki, na deser zeszłorocznik i jedziemy!
Przez lata obserwowaliśmy, jak laureaci talent shows radzą sobie na scenie. Wiemy doskonale, że nie wszystkim się ta sztuka udaje. Wręcz przeciwnie – zazwyczaj zaistnieć udaje się tym, którzy nie wygrali. Jednak rzeczywiście, ostała się garstka ludzi, do których sukces wręcz pchał się drzwiami i oknami. Niewątpliwie do tego grona możemy zaliczyć Guya Sebastiana. To niesamowite, jaką drogę muzyczną przeszedł ten 34-latek od czasu wygrania pierwszej australijskiej wersji Idola w 2003 roku. Z pierwszych płyt przypomina twórczość Timberlake’a i Ne-Yo. Przy późniejszych albumach artysta jednak trochę poeksperymentował. Efekty przedsięwzięć za każdym razem były wprost zdumiewające, gdyż Sebastian wychodził obronną ręką. Docenili to również Australijczycy, kupując jego płyty i jednocześnie dając prawie każdemu z albumów co najmniej jedno platynowe wyróżnienie. No właśnie, prawie.
Dotychczas jednak Madness pokrył się złotem. Podejrzewam, że i tym razem certyfikat platynowej płyty to jedynie kwestia czasu. Jest to płyta, którą pewnie zachwyca się każdy Australijczyk, będąc jednocześnie dumnym z tego, że obok Kylie Minogue, Delty Goodrem czy Sii Furler prezentuje światowy poziom. Paradoksalnie patrząc na poziom wydawnictwa można odnieść wrażenie, że jest to krążek niczym nie wyróżniającym się. Oprócz fenomenalnego głosu Sebastiana (którego mieliśmy usłyszeć w Warszawie za kilkanaście dni, 30 sierpnia. Dziś już wiemy, że jednak tak nie będzie) i liście gości (2 Chainz, Sage the Gemini, Lupe Fiasco, Fatai) chyba większej niż na jakiejkolwiek wcześniejszej pozycji z dyskografii artysty faktycznie tak jest. Prawie wszystko już było, a najbliżej muzycznie jest chyba Armageddonowi oraz Beautiful Life. Z kilkoma detalami, o których warto wspomnieć. Po pierwsze, nadal trzyma to odpowiednio wysoki poziom. Z albumu na album artysta podnosił sobie poprzeczkę, lecz mam wrażenie, że górna granica trzyma się nadal przy The Memphis Album. Oczywiście, Madness nie równa się wspomnianemu krążkowi, gdyż jest trochę gorszy. Po drugie – nieustające eksperymenty. Nie nudziłam się, słuchając dyskografii i nie nudzę się teraz. Widać, że Australijczyk doskonale czuje się przy dość dynamicznych kompozycjach (Come Home with Me, Like a Drum), więc do głosu dochodzą nowoczesne brzmienia. A zresztą, podobnie mogłabym powiedzieć o każdym innym stylu jaki dotychczas próbował, gdyż w każdym z kawałków na ostatnim krążku to właściwie odwołanie do przeszłości. Widać jednak, że przy takich balladach jak One of Us, The Pause czy Imagine the Sunrise potrafi zaciekawić słuchacza. Tak, że siedzi on i słucha jak dziecko pragnące bajki na dobranoc z happy endem. To ważne, by być wiarygodnym.
Idealny obraz burzy fakt, że większość kompozycji jest niezwykle radiowa. Niektórzy z Was powiedzą, że przesadzam. Ale tak – jestem dość wymagającym słuchaczem i oczekuję czegoś więcej niż na przykład Alive, które jest chyba pierwowzorem Fire Under My Feet Leony Lewis. Jakiegoś zaskoczenia jak wtedy, kiedy słuchałam kilka poprzednich albumów. Tego tutaj za bardzo nie było.
No dobra… może nie mam za bardzo racji, jeżeli przypomnimy sobie zmagania wokalisty na tegorocznej Eurowizji to ukazuje się kolejna twarz. Znana ciut wcześniej, ale ukazana tylko na edycji europejskiej. Mowa tutaj o Tonight Again. Sprawdzał się przede wszystkim w soulowych kawałkach (żeby nie powiedzieć, że z czasem stanie się to jego specjalnością), jak również z tymi zawierającymi elementy funku. Więc czemu nie wykorzystać tego i połączyć?
Reasumując, Guy Sebastian tworząc utwory na płytę (autorstwo artysty zawsze należy doceniać!) wybrał dość ryzykowną, a zarazem bezpieczną drogę. Dostajemy bardzo dopracowane kawałki różnorodnych stylistycznie, będących mieszanką tego co już słyszeliśmy. Madness nie zaskakuje, ale też nie rozczarowuje. Jest po prostu dobry.


