Na szczyty list przebojów w Stanach Zjednoczonych wdarli się niepostrzeżenie. Nie ma się jednak co dziwić. Wszystko za sprawą poziomu jaki prezentują. Nie przystaje on bynajmniej do debiutanckich standardów. Nie mówiąc już o wokalu Johna Kiszki, który łudzącą przypomina jedną z legend muzyki rockowej. 10 listopada światło dzienne ujrzała najnowsza epka autorstwa amerykańskiego bandu Greta Van Fleet.
Na album From the Fires składają się cztery premierowe utwory oraz cztery piosenki z poprzedniego minialbumu, który młodzi rockmani wydali w kwietniu tego roku. Singlem promującym to wydawnictwo jest Highway Tune, czyli porywający, pełen młodzieńczej energii i prawdziwie buntowniczy kawałek utrzymany w zabójczym, jak mogłoby się wydawać, tempie. To właśnie ten utwór odpowiedzialny jest za to wielkie „bum”, które wybuchło wokół zespołu.
Bezkompromisowe Highway Tune, to jednak nie jedyny powód tak dużego zainteresowania bandem. Nie bez przyczyny napisałem, że wokal Johna Kiszki przypomina głos innej, wielkiej gwiazdy sceny muzycznej. Sam muszę przyznać, że przy pierwszym odsłuchu singla pomyślałem, że jest to stary, nieznany dotąd utwór wielkiego Led Zeppelin. Wokal, frazowanie i image Johna Kiszki tak mocno przypominają Roberta Planta, że czasem trudno się oprzeć wrażeniu, że obaj panowie mogliby być w jakiś sposób spokrewnieni. Nawet ta obnażona, wypięta pierś, którą niejednokrotnie u wokalisty Grety Van Fleet możemy zobaczyć, świadczy o inspiracji postacią Planta.
Na From the Fires znalazły się również dwa covery starych i przez wielu zapomnianych kompozycji. Jedną z nich jest Meet on the Ledge Fairport Convention. To jednak A Change Is Gonna Come, którą w oryginale wykonywał Sam Cooke, usuwa w cień wszystko. Jest to nostalgiczny blues zainspirowany prawdziwym wydarzeniem z życia Cooke’a. Piosenka opowiada o oczekiwaniu na zmianę i o walce o prawa czarnoskórej części amerykańskiego społeczeństwa. Pomimo bardzo poruszającego tekstu, ta piosenka nie ma w sobie ni ułamka z melodramatu. Zarówno w części instrumentalnej, jak i samym wokalu są momenty, w których panowie z Grety Van Fleet pokazują pazura i drzemiącą w nich siłę.
From the Fires określane jest mianem albumu przełomowego, a od samego zespołu zaczyna się oczekiwać innowacji gatunkowych. Rzeczywiście, dawno na rynku nie pojawił się ktoś, kto od samego początku prezentował poziom największych rockowych sław. Nie popadałbym jednak w skrajności i zamiast oczekiwać od Grety Van Fleet by zmienili oblicze muzyki, wolałbym mieć po prostu nadzieję, że będą się w stosownym tempie rozwijać i nigdy nie zejdą poniżej wyznaczonego debiutancką epką poziomu.
