Nazywany głosem jazzu XXI wieku. Ochrzczony przez środowisko muzyczne, pieszczotliwą ksywką „lew”. Kojący, głęboki głos, ukryty pod ‘jazzującą’ czapką, czyli innymi słowy – Gregory Porter. Tym razem w hołdzie dla giganta swojego gatunku, Nat King Cole’a, Porter stworzył album Nat King Cole & Me.
Artysta zadebiutował stosunkowo niedawno, bo zaledwie 8 lat temu, gdy miał 39 lat. Od tego czasu wydał już 5 albumów studyjnych, otrzymał 2 statuetki Grammy, ma za sobą koncerty w różnych zakątkach świata, a podczas podróży pojawia się też na popularnych festiwalach muzycznych (m.in. Glastonbury). Niezależnie od swojego dość krótkiego ‘stażu’ na rynku, Gregory zdążył już podbić serca publiczności i zaskarbić sobie przychylne opinie krytyków, a także przerodzić swoje nazwisko w markę.
Pod koniec października zeszłego roku, wokalista zaskoczył po raz kolejny swoim najnowszym projektem. Postanowił rzucić światło na zakurzone przeboje złotej ery jazzu, brzmiące wtedy głosem Cole’a. Pomysł na Nat King Cole & Me zrodził się z nie jednej, a z aż trzech wielkich miłości życia Porter’a, jakimi są jego matka, muzyka gospel i Nat King Cole. Muzyk odnosi się do albumu i pracy nad nim z niezwykłą czułością. Tłumaczy, że z Nat’em wiąże go silna więź, która trwa już od kilkudziesięciu lat. Artysta znalazł w jego twórczości ojcowski głos, którego tak bardzo w swoim życiu potrzebował. Słowa wyśpiewywane przez piosenkarza, Gregory uważał za mądrości, porady, które były skierowane właśnie do niego. Jazzman przyznaje, że ojciec nie interesował się nim i nie był obecny w jego życiu. Stąd pojawiło się ogromne oddanie twórczości Cole’a, które zapoczątkowała matka Porter’a. Gdy usłyszała jak jej syn śpiewa stwierdziła, że brzmi jak Nat, a wówczas Gregory nie miał pojęcia kim jest sławny artysta, który towarzyszy mu aż do dzisiaj.
Wiedząc już jak ważne było najnowsze wydawnictwo dla piosenkarza, możemy przejść do samej zawartości krążka. Na płycie znajdziemy 12 kompozycji z repertuaru Nat King Cole’a, bezpośrednio nagranych, stworzonych przez niego, bądź inspirowanych jego osobą. Całość otwiera uwielbiana przez wszystkich ballada Mona Lisa. Jej pierwotny wykonawca, uważał ją za swoją ulubienicę wśród pozostałych numerów. Romantyczna pieśń wypada fantastycznie z głosem Porter’a i nastrojowym aranżem orkiestry pod kierownictwem Vince’a Mendozy. Orkiestra stanowi trzon każdego nagrania na tej płycie. Nadaje jej wymiar poetyckości, bajkowości, jak w przypadku dwóch kolejnych utworów: Smile i Nature Boy. Natomiast w innych utworach, dodaje soczystej energii płynącej z siły big bandów (L-O-V-E). Wcześniej wspomniany Smile jest standardem, który wyszedł z pod pióra samego Chaplin’a. Jego obecność, na omawianym albumie uwarunkowana jest tym, że pierwszą wersję utworu, na ścieżkę dźwiękową do filmu słynnego aktora, nagrał Cole . W wykonaniu Porter’a wszystkie powody do uśmiechu, brzmią niesłychanie melodyjnie, podnosząc słuchacza na duchu, a ostatni ‘uśmiech’ zostawia nas w błogim zachwycie.
Nature Boy jest już znacznie bardziej melancholijnym utworem od poprzedniego. Tło muzyczne, oparte głównie na instrumentach smyczkowych, dopełnianych delikatnymi muśnięciami harfy, potęguje emocjonalny wydźwięk dzieła. Przewrotnie po tak stonowanej pozycji, następuje żywe L-O-V-E z melodyczną trąbką, perkusją i fortepianem. Kolejno za tą skoczną miłostką, pojawia się moje ukochane Quizas, Quizas, Quizas. Uwielbiam naprawdę każdą wersję tej zmysłowej, fantazyjnej piosenki, a przy takim akompaniamencie słyszałam Quizas … po raz pierwszy. Jedyne zastrzeżenia może budzić ciut powolny styl Porter’a, gdzie przy tym numerze takie tempo normalnie jest wskazane, jednak tutaj pozostawia ono pewien niedosyt, a momentami zbyt rozbija utwór. Miss Otis Regrets to kompozycja, przeplatająca w sobie typowy, ‘stolikowy’ jazz z nutą patosu, budowaną dramatycznymi wejściami orkiestry, a na deser serwującą liryczne zakończenie. Pick Yourself Up to kolejny jazzujący numer, w którym wokalista karze nam się ‘odkurzyć’ i zebrać w sobie. When Love Was King klimatem przywołuje Nature Boy, czy Miss Otis Regrets, z naciskiem na bajkową naturę numeru. The Lonely One kontynuuje estetykę wyżej wspomnianych piosenek, traktując o samotności bohatera. Ballerina skoczna, jak tytułowa postać, idealnie przebijająca, przewijający się przez kilka ostatnich pozycji, refleksyjny i nieco przygnębiający nastrój. I Wonder Who My Daddy Is i The Christmas Song, stanowią delikatne, klimatyczne i czyste zakończenie całego projektu.
Nat King Cole & Me to bardzo osobista, sentymentalna podroż muzyka do jego korzeni. Pasja, zaangażowanie, ogromna pogoda ducha i ciepło ukryte w tym wyjątkowym głosie, sprawiają, że ten album jest czymś więcej niż zwykłym hołdem. Sama z wielką radością odsłuchałam nowe brzmienia, starszych przebojów, które w połączeniu z ‘lwią’ pracą i historią Porter’a składają się na niezwykle wdzięczne dzieło.


