Green Day po latach chybionych prób powrotu do formy z początku XXI wieku, z zaskoczenia wydał w tym roku album, który redefiniuje ich pozycje na rynku. Najnowsze wydawnictwo to spektakularny powrót tria na szczyt. Kolejne single promujące płytę okazywały się nie być odblaskiem dawnej sławy, a nową, świeżą energią, którą zespół na Saviors emanuje. Billie Joe Armstrong, z niewiadomych przyczyn, znów brzmi jak 20latek, Mike Dirnt idealnie dopełnia go na wokalach by wszystko spiąć w dopracowanych, przestrzennych brzmieniach gitar dua i perkusji Tré Coola. Zespół odrobił lekcje i po zdecydowanie najgorszym w karierze Father of All… wraca z wydawnictwem, który łatwo zajmuje miejsce w Top5 wszystkich płyt kalifornijskich punkowców.

Dorastając z Green Day ze smutkiem przyglądałem się jak każdy ich album od czasów klasycznego American Idiot jest gorszy od poprzedniego. Po dobrym 21st Century Breakdown przyszedł czas bardzo chaotycznej i nierównej trylogii ¡Uno!, ¡Dos! oraz ¡Tré!. Światełkiem w tunelu wydawało się być poprawne Revolution Radio, jednakże Father of All…, wydany o zgrozo z okładką nawiązującą do American Idiot sprawił, że nowości od Green Daya przestały elektryzować nawet największych fanów zespołu.
Tegoroczny album Saviors idealnie wpasowuje się w obecny trend powrotu do pop-rockowych brzmień w mainstreamie (mam na myśli chociażby powrót dawnej Avril Lavigne na Love Sux, ale też sukcesy Olivii Rodrigo czy Yungbluda) stworzył idealną lukę dla lekko zakurzałej i nadszarpniętej reputacji tria. Zespół wydawał się zdawać sobie sprawę, że może być to ostatnia szansa na zaistnienie w mainstremie, stąd marketingowo Green Day dążył do wzbudzenia nostalgii w fanach, jednocześnie dostarczając pełnoprawny, jakościowy album. Stąd też trasa koncertowa, gdzie Green Dayowe klasyki, jak American Idiot czy Dookie, które obchodzą kolejno 20lecie oraz 30lecie wydania, będą grane w całości wraz z nowymi utworami z Saviors. Na poprzednim albumie zespół starał się dogonić panujące wtedy trendy aranżacyjne, tym razem jednak to mainstream skłania się brzmieniowo do punku/rocka. Za brzemienie Saviors odpowiada Rob Cavallo, który współpracował z zespołem podczas nagrywania Dookie, a także stoi za sukcesem jednego z najważniejszych rockowych albumów początku XXI wieku – The Black Parade, My Chemical Romance.
Co jednak najważniejsze, nie byłoby sukcesu, gdyby Saviors nie bronił się swoją bezpośrednią siłą, która tkwi w kompozycjach. Pierwszym singlem z płyty okazał się być The American Dream Is Killing Me, który mimochodem przywołuje czasy rock opery, jaką był wspominany już wcześniej American Idiot. Utwór jest esencją Green Daya w szczytowej formie, jest przebojowy, pełny autentycznej żywiołowości. Warty uwagi jest progresywny, brzmiący jak hołd dla All You Need Is Love Beatlesów bridge oraz podkręcająca atmosferę gra bezbłędnego Tré Coola. Utwór został okraszony wymownym teledyskiem od Brendana Waltera i Ryana Baxleya, w którym topos American Dream jest przedstawiony jako antyutopia, której członkowie przemienili się w zombie.
Następnie Green Day zaczął promocje na pełną skalę, wydają kolejne trzy single przed wydaniem Saviors. Pierwszy z nich, Look Ma, No Brains! ma w sobie moc i przebojowość, przywołując klasyki rock’n’rollowe, z których zespół wielokrotnie czerpał inspiracje. Dilemma to najlepszy utwór Green Daya od 15 lat. Jest rewelacyjny pod każdym względem, pomijając warstwę muzyczną, będącą idealnym balansem między popem a rockiem, to utwór wyróżnia się autentycznością przekazu. Sam Billie Joe Armstrong opisywał ją tymi słowami:
Dilemma była jedną z tych piosenek, które łatwo było napisać, ponieważ była dla mnie bardzo osobista. Widzieliśmy tak wielu naszych rówieśników zmagających się z uzależnieniem i chorobami psychicznymi – tłumaczenie autora
One Eyed Bastard brzmi jak zderzenie So What P!nk bądź dalej idąc Black Night Deep Purple (riff rozpoczynający) z utworem The Passenger Iggiego Popa (refren). Cytując klasyka ja uważam, że to nie ma tak że dobrze albo niedobrze, utwór brzmi świetnie, aczkolwiek dziwię się, że dział PRowy zespołu dał zielone światło dla tak śliskiego utworu. Billie Joe Armstrong natomiast, opisując utwór, przynał że przypomina mu dokoniania Black Sabbath. Ostatni z singli, Bobby Sox, z głębią tekstu rodem z Sk8er Boi broni się groovem serwowanym przez Mike’a Dirnta oraz rewelacyjnym, growlowanym refrenem, gdzie Billie Joe dosłownie zdziera swoje gardło.
Album jako całość to zbiór co najmniej dobrych utworów, brak tu miejsca na słabej jakości zapychacze. Saviors w materiałach promocyjnych był opisywany jako power pop, punk, rock, wygrana indie, pandemia, wojna, nierówności, influencerzy, sesje jogi, prawa mniejszości, aplikacje randkowe, maski, ZDROWIE PSYCHICZNE, zmiany klimatyczne, oligarchowie, podział mediów społecznościowych, darmowe zioło, fentanyl, kruchość i trudno coś do tego opisu dodać. Punku oraz Green Daya nie da się odciąć od polityki, którą album emanuje. Trio patrzy też na niepokojące zmiany społeczne, dając upust chociażby w singlowym The American Dream Is Killing Me czy Strange Days Are Here to Stay będące klamrą wraz z równie pesymistycznym Living in the 20’s. Jest też moment refleksji w Goodnight Adeline, mówiącym o problemach z alkoholem czy pięknym, akustycznym hołdzie Father to a Son (który aranżacyjnie, dla zobrazowania, brzmi jak przeboje Łukasza Zagrobelnego), gdzie Billie Joe zwraca się z miłością do swojego syna. Mając w pamięci, że wokalista dorastał od dziesiątego roku życia bez ojca, wydźwięk słów obietnicy i przeprosin za wszystko co chybione w wychowaniu brzmi jeszcze dobitniej. Album ten jest obowiązkową pozycją dla każdego przeciętnego fana pop-punku, a dla fanów Green Day zgłębienie go może wywołać chwilowe oderwanie od dorosłości i przywrócenie, choć na chwilę, uczucia zachwytu, które się słyszało przy pierwszym odsłuchu American Idiot czy Dookie.
- Data premiery:
- Single:
