Zgodnie z ideą festiwalu, wielka muzyka zaczyna się od małych scen. W Łodzi przez trzy dni mogliśmy uczestniczyć w ponad stu koncertach. Głównie w wykonaniu artystów, którzy dopiero stawiają swoje pierwsze kroki.
Festiwal codziennie rozpoczynał się od części konferencyjnej. Tematów było sporo, bo podczas trzech dni mogliśmy uczestniczyć w dziesięciu panelach dyskusyjnych. O tym, jak zostać artystą, Anna Gacek porozmawiała z Ralphem Kamińskim. Na temat popularności rapu wypowiadali się przedstawiciele wytwórni Def Jam i Sony Music, a o sile TikToka ze swoimi gośćmi porozmawiała Agnieszka Szydłowska. Posłuchaliśmy też o NFT, o koncertach albo o sponsorowaniu muzycznych imprez. Każdy, kto choć trochę interesuje się branżą, na pewno znalazł tu coś dla siebie.
Gratką dla fanów i akcją, dzięki której festiwal zyskał trochę rozgłosu, była niespodzianka ogłoszona w ostatni dzień wydarzenia. Dwa dni po premierze albumu Lata Dwudzieste, w sali konferencyjnej pojawił się Dawid Podsiadło. Poza rozmową o płycie z Jarkiem Szubrychtem, mogliśmy posłuchać kilku fragmentów piosenek w wersji demo, które nigdy nie zostały oficjalnie wydane przez Dawida. Były utwory z najnowszego wydawnictwa oraz Małomiasteczkowego. Wiele po angielsku, bo od stworzenia piosenki w tym języku Podsiadło rozpoczyna prace nad hitami.

Zanim przejdę do koncertów, to jeszcze chwila o samej showcase’owej formule festiwalu. Występy podczas Great September odbywały się w całej Łodzi. Artyści grali w klubach, barach i innych miejscach dostosowanych do festiwalu. Trzeba przyznać, że zwiedzanie urokliwych kamienic lub koncerty w teatrze, który widział pewnie niejedno wielkie, burleskowe show, miały swój klimat. Z drugiej strony, rozłożenie miejscówek należy też do minusów festiwalu. Często żeby dotrzeć na kolejną scenę trzeba było poświęcić od kilku do kilkunastu minut drogi. Większość koncertów trwała pół godziny, więc planowanie wieczoru wiązało się z kompromisami i odpuszczaniem niektórych wydarzeń. Great September na pewno nie jest też festiwalem bez barier, o czym sporo pisało się w ostatnim czasie w kontekście letnich imprez. W większości klubów trzeba było pokonać schody, by dostać się pod scenę.
Pierwszy dzień koncertów na dobre rozpocząłem od występu Frank Leena. Byłem parę tygodni wcześniej na jego małym koncercie w Gliwicach i nie mogłem sobie odpuścić tej okazji w Łodzi. Wokalista i producent świetnie odnajduje się na scenie. Wiem, że lada moment jego kariera mocno poszybuje w górę. Tak, jak stało się w przypadku jego kolegi z wytwórni, Szczyla, który pojawił się w klubie zaraz po Tobiaszu.
To było już moje trzecie zetknięcie ze Szczylem w tym roku, ale chciałem sprawdzić, jak jego utwory wypadają grane z live bandem na scenie. Słysząc o zespole byłem przekonany, że po prostu usłyszę największe hity rapera w akustycznej wersji i po 20 minutach zwinę się odkrywać nową muzykę. Całkiem szybko podjąłem decyzję o przedłużeniu planów do pełnej godziny. Wystarczył mi sam charakter tego koncertu. Szczyl wyszedł na scenę w towarzystwie gitarzystów, perkusisty i saksofonisty. To nie były spokojne aranżacje, a czyste, rockowe szaleństwo! Energiczne solówki, nieczysty wokal, zabawa formą. Widać było, że chłopaki mają wielki fun z grania. Szczyl zabrał swoją muzykę z salonów do podziemia i ten zabieg wyszedł doskonale! W odbiorze przeszkadzało niestety kiepskie nagłośnienie. Kolejnego dnia na innych koncertach było o wiele lepiej, ale niestety mury Teatr Clubu nie poradziły sobie z mocniejszym graniem.
Moim ostatnim czwartkowym koncertem był występ Jann. Spóźniony dotarłem do ciemniej, niskiej piwnicy w klubie Wooltora i stanąłem jak wryty. Co za głos, co za talent! Jann niesamowicie operuje barwą głosu. W jednym momencie wywołuje łzy wzruszenia, żeby za chwilę zaśpiewać niczym największa gwiazda Eurowizji. Jeśli reprezentowanie Polski w konkursie jest jego ambicją, to wysyłajmy go tam czym prędzej! To był najlepszy koncert na Great September. Pod koniec listopada Jann i KIWI wyruszają w krótką trasę po Polsce. Jeśli tylko macie okazję, to nie zastanawiajcie się nad zakupem biletu!

Drugi dzień koncertów rozpoczął się dla mnie od występu Faustyny Maciejczuk. Jestem fanem jej delikatnej barwy głosu. Faustyna na żywo brzmi tak samo, jak w studyjnych wersjach i w jej przypadku to przeogromna zaleta. To był jeden z tych występów, po których widziałem same uśmiechy na ustach słuchaczy, a w rozmowach każdy wypowiadał się ciepło o swoich odczuciach. W momencie, w którym czytacie tę relację Faustyna jest po wydaniu pierwszej długogrającej płyty. Wydaje mi się, że występ w Łodzi był jednym z ostatnich niewielkich i kameralnych w jej karierze.
Po Faustynie świetne show dał mop, który do Łodzi przyjechał chyba ze swoim fanklubem, bo rzadko na tym festiwalu można było się spotkać z tak zaktywizowaną widownią. Widać było, że artysta świetnie wyczuł scenę i ze swobodą zarażał dobrą energią słuchaczy. Do klubu Łódź Kaliska wprowadził sporo słonecznego vibe’u i zabawy. Wielkie brawa za końcówkę, podczas której zaprosił fankę na scenie by wspólnie zagrać kawałek, a sam dał wtedy solówkę na… klawiaturze mechanicznej. Nie wiem jak to działa, ale działa!
Za cel na festiwalu postawiłem sobie odpuszczać występy największych gwiazd. Na głównej scenie przy kompleksie budynków EC1 pojawiłem się tylko raz i tylko dlatego, że czekałem na tramwaj do kolejnej miejscówki. Stało się to akurat podczas koncertu Bedoesa. Reprezentant 2115 udowodnił, że jest prawdziwym showmanem i tylko kilku raperów w Polsce może z nim się równać. Jest październikowy wieczór, zimno, pada deszcz. Do tego należy wziąć pod uwagę formułę i skalę festiwalu. W rezultacie pod sceną mamy naprawdę niewielką liczbę fanów. Co zrobili Borys ze wspierającym go Kuqe? Praktycznie cały koncert zagrali wśród tłumu, zmieniając miejsce co piosenkę, żeby każdy z fanów mógł pobawić się jak najbliżej swojego idola. Gratki za taki ruch!

Z ostatniego dnia Great September chciałbym wyróżnić trzy artystki. Na pierwszy ogień leci Bambi, druga raperka w historii SBM Starter, akcji mającej na celu wyróżnić młode talenty. Nie miała w Łodzi łatwego zadania, bo występ zaczynała z praktycznie pustym parkietem. Pewnie dlatego, że dosłownie chwilę wcześniej zakończył się panel z Dawidem Podsiadło. Mimo to Bambi od samego początku wjechała z mocną energią i szybko zainteresowała spóźnionych gości. Nie wiem, ile koncertów ma na swoim koncie, ale podobał mi się luz, z jakim poruszała się po scenie. Poza dobrą nawijką zaprezentowała też swoją spokojną, wokalną stronę. Bambi ma w zasadzie wszystko, żeby jeszcze mocniej zaistnieć na rapowej scenie. Od skillsów i ciekawego wokalu, przez look, po współpracę z wytwórnią, która w kwestii rapu jest fenomenem na polskim rynku muzycznym. Od premiery ostatniego materiału zaraz minie cały rok, więc jestem ciekaw, kiedy i w jakim stylu usłyszymy nowe rzeczy.
W pamięć zapadł mi również występ 20-letniej singer-songwriterki z Poznania. Kathia zaintrygowała mnie swoimi anglojęzycznymi kompozycjami, kiedy sprawdzałem wcześniej, kto dokładnie pojawi się w Łodzi. Świetnie wykorzystała swoje 30 minut, przedstawiając się jako nie tylko utalentowana i niezwykle wrażliwa artystka, ale również instrumentalistka. Popisem była jej interpretacja W malinowym chruśniaku Bolesława Leśmiana.
Do zamknięcia festiwalu z Aljas przekonała mnie wypowiedź Cyryla Rozwadowskiego z newonce, którą znalazłem w festiwalowej książeczce. Na Great September wypatruję przede wszystkim mocnych strzałów w ryj – napisał we wstępie. Czekam na Aljas, czyli raperkę z misją. Artystka włącza wątki LGBTQ+ do klasycznego boom bapu, ale też korzysta m.in. z ognistego electroclashu. Wściekłość i dezorientacja to emocje, które rzadko pojawiają się w polskim hip-hopie w tak ciekawy sposób. Po koncercie mogę jedynie potwierdzić te słowa. Aljas to energetyczna bomba. Z łatwością nawija nawet te najtrudniejsze linijki i przenosi targające ją emocje na słuchaczy.
To tyle, jeśli chodzi o pierwszą edycję festiwalu Great September. Cieszę się, że Artur Rojek zdecydował się wypełnić lukę po Sping Break’u i pomimo przeszkód (wszak impreza miała odbyć się we wrześniu), dopiąć organizacji wydarzenia. Pierwszy raz uczestniczyłem w wydarzeniu o takiej formule i na pewno wpadnę na przyszłoroczną edycję. Warto się nią zainteresować nawet, jeśli nie obchodzi was konferencyjna część. Sprawdzanie muzyki wszystkich stu artystów, układanie sobie planu przed festiwalem i jego realizacja to świetna frajda. I motywacja, bo bez tej imprezy na pewno nie dowiedziałbym się tak szybko o istnieniu wielu artystów.


