Wiadomość o tym, że My Chemical Romance kończy karierę była dla fanów grupy ogromnym zaskoczeniem. Muzycy niemal po trzynastu latach rozwiązali wspólny projekt i każdy z nich poszedł we własną stronę, w tym frontman – Gerard Way. We wrześniu tego roku na rynku pojawił się jego pierwszy solowy album – Hesitant Alien, czy warto się z nim zapoznać?

Za muzyką My Chemical Romance nie przepadam. nigdy nie ciągnęło mnie to tak pompatycznych klimatów emo. Nie potrafiłem również zrozumieć ogólnego podniecenia chłopakiem, który podkreślał oczy konturówką. Na całe szczęście Way postanowił odbiec od takich klimatów na swoim długogrającym debiucie. Można to nawet zauważyć jeszcze przed włączeniem albumu. Twórcy okładki zainspirowali się szatą graficzną albumu Heroes Davida Bowiego. Lekkie zapożyczenie nie jest przypadkowe, Gerard tworząc krążek postawił na to co dobrze znamy i zostało bardzo dobrze odebrane przez cały świat. Artysta przedstawiając słuchaczom taki materiał nie chciał po raz drugi wynaleźć koła, tylko w zręczny sposób zobrazować wszelkie fascynacje innymi wielkimi gwiazdami muzyki.
Hesitant Alien otwiera kompozycja o tytule The Bureau, która bardzo dobrze wprowadza słuchacza w całość. Piosenka posiada lekko nerwowy klimat i słuchać tutaj inspirację wcześniej wspomnianym Davidem Bowiem. Numer jest mroczny, teatralny i nastrojowy. Buduje napięcie przez ciągłe powtarzanie przytłaczających dźwięków. The Bureau idealnie sprawdziłoby się jako jeden z kawałków, który mógłby pojawić się w kontynuacji Rocky Horror Picture Show. Kolejnym numerem, z którym możemy się zapoznać to Action Cat. Kawałek ten jest całkowicie inny od swojego poprzednika, jest po prostu przebojowy, energiczny z garażowym zacięciem.
Już po dwóch kompozycjach można się domyślić co jest największą bolączką Hesitant Alien, chodzi mianowicie o brak konsekwencji twórczej. Gerard Way na swoim debiucie chciał upchnąć za dużo dźwięków, za dużo pomysłów, za dużo wszystkiego. Raz jesteśmy atakowani agresywnymi rockowymi dźwiękami, aby potem móc się uspokoić przy klimatycznych i spokojnych numerach. Prawie każdy numer oddzielnie słucha się z pewną dozą przyjemności. Jednakże razi to, że wokalista nie wpadł na żadną koncepcję swojego dzieła. Cały album brzmi tak, jakby Gerard tworzył swoje piosenki w długich odstępach czasu, chował je do szuflady, a po jakimś czasie przypomniał sobie o swoich dokonaniach i wydał je jako album.
Całości nie poprawia również produkcja całości – zamiast pomóc tylko szkodzi. Dla mnie w utworze najważniejsze jest to co chce przekazać nam wokalista za pomocą swojego wokalu oraz wyśpiewywanych słów. W tym przypadku nie jest to możliwe, bo głos Waya jest tutaj bardzo dobrze maskowany w gąszczu różnych dziwnych smaczków, które zakłócają odbiór poszczególnych piosenek. Raz na głos piosenkarza zostały nałożone nienaturalne efekty i brzmi po prostu sztucznie, natomiast w innych numerach instrumenty zakrywają wokal.
Mimo tych rażących błędów na wydawnictwie można odnaleźć kilka bardzo dobrych numerów. Takim z pewnością jest kompozycja otwierająca krążek, o której wcześniej wspomniałem. Kilka słów muszę również dodać o Brother. Piosenka opowiada o relacji dwóch braci. Kompozycja natychmiast przypadła mi do gustu, wszystko to za sprawą niebanalnego tekstu, najlepszym tego przykładem niech będą pierwsze słowa utworu:
And brother, if you have the chance to pick me up
And can I sleep on your couch
To the pound of the ache and pain?
Dla fanów starego My Chemical Romance olbrzymim zaskoczeniem może być Juarez. Nie jest to ckliwy albo pompatyczny hit, do których wcześnie przyzwyczaiła nas muzyczna grupa. Gerard w tym numerze pokazuje swoje punkowe i nieokiełznane oblicze.
Muzyczny debiut Gerarda Waya nie jest złym albumem, czuć w przedstawionym materiale pracę jaką włożył w niego wokalista. Jednakże przez brak konsekwencji i słabą produkcję do rąk dostaliśmy wydawnictwo tylko przeciętne, na którym odnajdziemy wyłącznie kilka dobrych numerów. Reszta niestety nie wybija się z tłumu, jest nijaka i słuchacz szybko o nich zapomni.


